«Ekstremalna» wyprawa śladami karaibskich piratów z Miami Beach na Bahamy

IMG_8928

Słynna Miami Beach zimą, w Nowym Jorku śnieżyce. Wolimy zimę na Florydzie 🙂

Z żalem opuszczamy Peru i po pięciu godzinach lotu z Limy lądujemy w Miami. Ameryka Północna to już nasz piąty kontynent w czasie podróży. Podróże lotnicze maja to do siebie ze zbyt szybko można się przemieścić z jednego miejsca do drugiego. Wynikiem tego może zbyt duży szok klimatyczny lub kulturowy. Podobnie jest z nami. Przez pierwszych kilka godzin nie możemy uwierzyć ze tak bardzo zmieniliśmy światy i z bardzo indiansko-latynowskiego Peru znaleźliśmy się w ojczyźnie hamburgerów i «przebrzydłego» kapitalizmu :). Różnica miedzy obu Amerykami jest ogromna. Miami Beach to bardzo czyste i bogate miasto.

IMG_9029

Wzbudzamy jednak tutaj ogromne zainteresowanie…

A dokładnie nasze plecaki z przytroczonymi karimatami. Wszyscy nas zaczepiają pytają się czy jesteśmy turystami, chcą nam pomoc znaleźć drogę i strasznie się dziwią. Jakby nigdy w zżyciu nie widzieli turysty. Uświadamiamy sobie jednak ze w Stanach ludzie maja tylko średnio po 2 tygodnie urlopu w roku. Wiec pewnie nie chce im się w tym czasie jeździć autobusem czy łazić z plecakiem. Biorą taksówki, samoloty i wakacje spędzają w drogich kurortach. Można wiec powiedzieć ze w Stanach model podróżnika, jaki spotyka się w Azji czy Ameryce Pled nie jest zbyt popularny. Staramy się nie chwalić ze jesteśmy na 9 miesięcznej wyprawie dookoła świata, bo tutaj i tak nikt by nie uwierzył. Amerykanie przyzwyczajeni do luksusu dużo wydają nawet w czasie krótkich wakacji i według nich jak ktoś podróżuje 9 m-cy to musi być, co najmniej milionerem.

Ogólnie widać ze wszyscy są tutaj strasznie zapracowani i nerwowi. Według nas dwu tygodniowy urlop to straszne okrucieństwo.

W Miami Beach spędzamy pracowity dzień na zwiedzaniu. Mamy tylko jeden dzień żeby poznać miasto. Niestety mieliśmy pecha i trafiliśmy na Spring Break w Stanach. Ceny hoteli i hosteli w Miami wzrosły w tym czasie dwu albo trzy krotnie. My na szczęście zabukowaliśmy sobie wcześniej dwa noclegi po starej cenie. Dzięki temu, chociaż trochę zwiedzimy miasto «Policjantów z Miami». Potem uciekamy stad na Bahamy gdzie udało nam się znaleźć niedrogie noclegi.

IMG_8921

Policjanci z Miami 🙂

Plaże w Miami i ocean powalają nas na kolana.

To chyba jedne z najładniejszych plaż na świecie. Biały piasek, turkusowa przejrzysta woda i zagłówki na horyzoncie. Obiecujemy sobie ze kiedyś tu wrócimy z własnym jachtem. To miejsce jest wprost wymarzone dla żeglarzy, można tu żeglować miesiącami po okolicznych karaibskich wyspach, których jest ponad 300. Po prostu raj.

Uten navn

Grzesiu znowu skacze 🙂

Wylegujemy się wiec na plaży i łapiemy trochę słońca. Przyda nam się w czasie zimowych miesięcy w Norwegii.

IMG_8934

One year gap is great 🙂

Potem bez konkretnego planu zwiedzamy miasto, odwiedzamy kilka parków, podziwiamy amerykańskie drapacze chmur.

IMG_9066

Centrum Miami

IMG_9064

Główny zabytek Miami Beach – Synagoga

Próbujemy tez amerykańskiego jedzenia w czasie happy hours :). O dziwo bardzo nam smakuje, a wszyscy tak krytykowali amerykańskie jedzenie. Na kolacje sami przyrządzamy spaghetti z krabami plus argentyńskie wino z Mendozy i smakuje wyśmienicie.

Uczymy się tez nowego angielskiego. W Australii zajęta toaleta była engaged, tutaj jest busy. Nikt nie rozumie jak mówimy occupied hehe :). Toaleta to tez «restroom» a nie «toilet». Pyzatym można się w Miami dogadać po hiszpańsku, prawie wszyscy mowa tutaj w tym jezyku. Dużo jest emigrantów z Kuby czy Ameryki Pld wiec nawet amerykanie uczą się hiszpańskiego.

Następnego dnia zegnamy się z Miami Beach i bierzemy pociąg do West Palm Beach skąd mamy prom na Bahamy. Transport publiczny jest dosyć tani w Stanach i całkiem dobrze rozwinięty. Za kilkugodzinna jazdę pociągiem zapłaciliśmy tylko kilka dolarów.

IMG_9087

West Palm Beach, trochę tu jachtów 🙂

Łapiemy wiec nasz prom i odpływamy na Bahamy. Odpocząć od długich podróżniczych wakacji. Codzienne zmienianie miejsca zamieszkania zrobiło swoje. Potrzebujemy kilku dni odpoczynku od podróżowania. A wiec witajcie Bahamy.

IMG_9114

Zachod slonca i odplywamy na Bahamy

Reklamy
Opublikowano Ameryka Północna, Bahamy, Plaże, Podróż Dookoła Świata 2012/13, USA | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pustynne krajobrazy, błękitne laguny i stada flemingów…Atacama podejście drugie tym razem udane

IMG_8484

Ach te przestrzenie na pustyni Atacama, We believe we can fly… 🙂

Po kilkudniowym oczekiwaniu w Iquique wyczytujemy na chilijskiej stronie internetowej ze w końcu naprawili drogę do miejscowości San Pedro de Atacama. Przez tych kilka dni mieszkańcy byli odcięci od świata. Na szczęście mieli zapasy wody i jedzenia. Od nowopoznanych podróżników dowiadujemy się ze hostel prowadzony przez parę ze Słowenii w San Pedro ostał się w całkiem dobrym stanie. W przeciwieństwie do miejscowych para ta zbudowała hostel odporny na deszcz. Miejscowi raczej nie spodziewali się ze będzie padać i cześć hoteli nie ma nawet normalnych dachów.

Przez tych kilka dni staliśmy się tez ekspertami, jeśli chodzi o chilijskie informacyjne strony internetowe. Dzięki temu wiemy lepiej, co się dziej w kraju, w którym jesteśmy.

W końcu dojeżdżamy do naszego wyczekiwanego San Pedro. Po drodze możemy podziwiać tymczasowe laguny utworzone przez deszcz, trochę zieleni na najsuchszej pustyni świata. Co nie zdarza się za często.

San Pedro de Atacama robi na nas przyjazne wrażenie. Lubimy małe miasteczka, bo wszędzie jest blisko i można więcej czasu poświecić na bujanie się w hamaku. Tak zdecydowanie odpoczynek po wyczerpującej podroży i wracanie myślami do tego, co już widzieliśmy to ulubiona cześć naszej podroży. Odpoczywamy w hamakach i podziwiamy mocno rozgwieżdżone niebo i zastanawiamy się, co warto tutaj zobaczyć.

IMG_8357

Na początek odwiedzamy Dolinę Księżycową…

Krajobraz rzeczywiście bardzo księżycowy, co zostało wykorzystane przez NASA, które robiło tutaj ważne próby kosmiczne…

Pustynnym krajobrazom dodają magii ośnieżone stożki groźnych wulkanów, czerwień pustynnych skał przyprószoną biała pokrywa solna.

IMG_8008

Dolina ksiezycowa z gory

IMG_8068

Popoludniowy spacerek po „ksiezycu”

Następnie pora na… Dolinę Śmierci

Na szczęście jej nazwa powstała w wyniku błędu tłumaczenia. Została odkryta i zbadana przez belgijskiego księdza, który nazwał ja, jako Dolina Marsowa, ze względu na jej podobieństwo z krajobrazami marsowymi, wyraz dosyć podobny do hiszpańskiego «muerte» (śmierć) – i przez nieporozumienie pozostała nazwa Dolina Śmierci.

Dominują liczne odcienie czerwieni podobnie jak na Marsie

IMG_7964

A tak wyglada Mars czyli Dolina Smierci, w oddali pasmo wulkanow i granica z Boliwia 

Oglądamy także po raz pierwszy flamingi na Laguna Chaxa

Na tle wysokich wulkanicznych szczytów, przekraczających nawet 6000 m n.p.m.

Uten navn

Flemingi szukajace krewetek

Spacer przy Lagunie Miniques oraz Miscanty

Później podjeżdżamy na wysokość 4300 m n.p.m. by podziwiać przepiękne turkusowo- błękitne laguny Miniques i Miscanty otoczone wulkanami. Są jedyne w swoim rodzaju, rozlewające się u podnóży gór stanowią duże urozmaicenie pustynnego krajobrazu.

IMG_8326

Laguna Miscanty na wysokosci 4300m

IMG_8267

IMG_8302

Wulkanów jest tutaj aż ok., 70 z czego 5 aktywnych.

Następnego dnia odwiedzamy Lagunę Cejar z zawartością ok. 40% soli

Kąpiel w słonej lagunie to głownie przypomnienie prawa Archimedesa: «Na ciało zanurzone w cieczy działa silą się wyporu, skierowana pionowo do góry, która jest równoważna ciężarowi cieczy wypartej przez to ciało».

Mocno słona woda to duża gęstość, większa od gęstości ciała człowieka, wiec swobodnie można utrzymywać się na powierzchni wody…

Wychodząc z wody sól wytraca się mocno na skórze, wiec potrzebna jest kolejna przyjemna kąpiel w niesłonej i rześkiej lagunę na Ojos del Salar.

IMG_8477

Do tego pustynny bezkres i góry wulkaniczne na horyzoncie… 🙂

Na końcu jedziemy nad ostatnia lagunę gdzie podziwiamy zachód słońca sącząc chilijskie pisco. Laguna okazuje się być bardzo rozległa i wyjątkowo płytka. Woda sięga jedynie do kostek i możemy spokojnie chodzić (w sandałach) po solnym, skrystalizowanym, szorstkim dnie laguny…

IMG_8495

Pustynie solne na Altiplano… 🙂

Opublikowano Ameryka Południowa, Chile, Podróż Dookoła Świata 2012/13, Pustynie | Otagowano , | Dodaj komentarz

Północne Chile i plażowy plan B :)

IMG_7836

Kąpiel o zachodzie słońca na plaży Pacyfiku w północnym Chile

Lot z Punto Arenas do Santiago

Po blisko czterech tygodniach podróżowania po rozleglej i przepięknej argentynsko-chilijiskiej Patagonii lecimy w kierunku Santiago. Przed samym lotem w Punto Arenas wieje tak mocno ze sypie piaskiem po czekających na odlot samolotach i szybach lotniska. Prędkość wiatru przekracza 100 km/h, wiec mamy praktycznie sztorm. Trochę strach nawet wejść do samolotu, ale na szczęście przez blisko 3 godziny wstrzymują lądowania i odloty. Po tym czasie wiatr słabnie i odlatujemy w kierunku stolicy Chile…

aa_IMG_7715

Pomnik F. Magellana nad cieśnina Magellana 🙂 w Punto Arenas (południowe Chile)

Zasłużony odpoczynek w Santiago

Po blisko 4-ech godzinach lotu lądujemy w Santiago. Odpoczywamy tutaj kilka dni po wyczerpujących wędrówkach w Patagonii. W Santiago mieszka około 30% populacji całego kraju. Nie jest to zbyt turystyczne miasto, ale dzięki temu można poobserwować jak żyją przeciętni Chilijczycy. Stołujemy się w lokalnych knajpkach i podglądamy jak biegnie życie w stolicy. Przede wszystkim uwielbiamy jedzenie w Santiago. Jest tanie w porównaniu do reszty Chile, bo nienastawione na turystów tylko na zwykłych ludzi i bardzo różnorodne.

aa_IMG_7756

Przed parlamentem Chile

Z Santiago jedziemy na najsuchsza pustynie świata…A przynajmniej tak nam się wydaje

Pogoda pokazuje nam ze niczego nie można być pewnym. Po 23 godzinach jazdy autobusem z Santiago dowiadujemy się za na pustyni Atakama spadł gwałtowny deszcz i niestety droga do miejscowości gdzie chcieliśmy jechać jest czasowo zamknięta. Co za pech?.. Godzinę drogi od celu musimy zrezygnować. Czekamy dwa dni w pobliskiej miejscowości Calama na otwarcie drogi, ale nic się nie zmienia. Codziennie obiecują nam ze jutro otworzą. Postanawiamy nie czekać dłużej. Jedziemy na kilka dni nad Pacyfik a potem zobaczymy. W ten sposób odwiedzamy miejsce, którego w ogóle nie planowaliśmy odwiedzić.

4 dni odpoczynku w Iquique

IMG_7888

Plan B czyli zwiedzamy Iquique

Iquique okazuje się całkiem ładnym miastem z wieloma urokliwymi plażami. W końcu, bo od Australii tak naprawdę nie byliśmy na plaży. Możemy się pokąpać w Oceanie, pojeść owoców tropikalnych tak prawie jak na Bali, wiec nie narzekamy. Wymyślony w pospiechu plan B okazuje się być równie dobrym 🙂

IMG_7801

W miescie troche pusto… gdzie sa wszyscy?

IMG_7812

Niedzielne popoludnie w Iquique

Atakama podejście drugie

Po zastanowieniu dochodzimy do wniosku za szkoda by było nie zobaczyć Atakamy. Miejsca gdzie krzyżują się drogi wielu podróżników. W Internecie na chilijskich stronach znajdujemy informacje ze droga została otwarta, wiec nie ma się, co zastanawiać…Jedziemy. Po kilkunastu godzinach wciąż niedowierzając dojeżdżamy do San Pedro de Atakama.  Deszcz już raczej drugi raz tutaj nie spadnie, biorąc pod uwagę fakt ze w ciągu 40 lat padało tutaj tylko kilka razy. Jadać autobusem podziwiamy tymczasowe laguny na pustyni, spowodowane przez deszcz. W końcu nie każdy ma okazje podziwiać krajobraz najsuchszej pustyni świata zaraz po deszczu :).

aa

Tymczasowa laguna utworzona przez zeszłotygodniowy deszcz na pustyni Atakama

 

Opublikowano Ameryka Południowa, Chile, Plaże, Podróż Dookoła Świata 2012/13, Pustynie | Otagowano , | Dodaj komentarz

Z plecakiem po Torres del Paine – odkrywamy południowy kraniec chilijskiej Patagonii

Uten navn

Góry Torres de Paine z dystansu podczas ładnej pogody

Opuszczamy na jakiś czas Argentynę i wjeżdżamy z powrotem do Chile. Argentyna okazała się droższa od Chile. Wszystko przez kryzys i inflacje, jaka tam panuje. Ceny zmieniają się z miesiąca na miesiąc.  Jadąc w kierunku granicy nucimy sobie po drodze: Don’t cry for my Argentina but….you are too expensive…

Na granicy dokładnie skanują wszystkie bagaże. Wszystko to z powodu zakazu wwozu wielu produktów żywnościowych do Chile. Jak dla nas to lekka przesada w końcu jedziemy tylko kilkaset kilometrów, ale na przepisy nie ma rady? W końcu jednak dostajemy pieczątki wjazdowe i jesteśmy ponownie w Chile.

Dojeżdżamy do Puerto Natales, skąd planujemy udać się na kilkudniowy trek w Parku narodowym Torres del Paine. Po sprawdzeniu prognozy pogody decydujemy, ze nie ma, na co czekać. Mamy tylko dwa, maksymalnie trzy dni ładnej pogody, robimy wiec szybkie zakupy, przepakowujemy plecaki i ruszamy na szlak.

Dzień pierwszy – świetna pogoda i widoki

IMG_7347

Zaczynamy nasza wedrowke w Torres del Paine

IMG_7370

W drodze na punkt widokowy

Pierwszego dnia pogoda nam dopisuje. Błękitne niebo, slaby wiatr aż trudno uwierzyć ze jesteśmy w Patagonii. W przepięknej pogodzie dochodzimy do punktu widokowego i podziwiamy główną atrakcje parku, strzeliste wieże Torres del Paine na tle lodowców i szmaragdowego jeziora.

IMG_7431

Slynne wieze Torres del Paine – widok z Base la Torres

Jest to jedna z najlepszych rzeczy, jakie udało nam się zobaczyć na tej wyprawie. Kompletnie nie spodziewaliśmy się aż takich widoków. Mile zaskoczeni spędzamy na punkcie widokowym dużo więcej czasu niż planowaliśmy i dopiero pod wieczór schodzimy na zasłużony odpoczynek do naszego namiotu. Noc jest ciepła i bezwietrzna. Dawno już się tak nie wyspaliśmy na tej wyprawie…W przeciwieństwie do innych, którzy ambitnie wstali o 4 tej rano żeby z punktu widokowego oglądać wieże Torres de Paine w blasku wschodzącego słońca. Nam się jednak nie chciało wychodzić po ciemku z ciepłego śpiwora. Decyzja o tym zęby nie być zbyt ambitnym i wyspać się jak się ma okazje okazała się trafna. Ale o tym za chwile.

Dzień drugi – długi i pogodny

IMG_7462

 Następnego dnia wyruszamy dosyć wcześnie, bo mamy przed sobą długa drogę. Po 9-ciu godzinach głodni docieramy wreszcie na kemping przy schronisku. Rozstawiamy namiot, gotujemy na naszej maleńkiej turystycznej kuchence gazowej, szybka kolacja składająca się z pysznego spaghetti, którego kupiliśmy na 6 obiadów – tylko to znaleźliśmy w sklepie w Puento Natales. Jeden z turystów próbuje uruchomić butle gazowa odkręcając tylko zawór butli bez użycia zapałek. Bardzo zdziwiony pyta się nas: it is not automatic? No cóż w Torres del Paine można tez spotkać turystów, którzy nigdy nie byli na biwaku i pierwszy raz śpią pod namiotem. Trochę to ryzykowne z uwagi na zmienna pogodę w Patagonii.

Dzień trzeci – widokowy

IMG_7621

Na szczęście pogoda się utrzymuje i mamy kolejny bardzo udany trzeci już dzien. Decydujemy, ze kolejna noc spędzimy w tym samym miejscu by spokojnie «na lekko», (czyli jedynie z małym plecakiem wyposażonym w prowiant i wodę) dotrzeć do głównego punktu widokowego. To jeden z najpiękniejszych odcinków tej trasy. Idziemy początkowo wzdłuż jeziora, docieramy do obozu włoskiego, który akurat czasowo jest zamknięty. Później skręcamy szlakiem w prawo by dojść do samego środka Torres del Paine i obserwować skaliste pasma górskie jakby «od wewnątrz» będąc nimi otoczeni. Idziemy w górę dolina francuzów wzdłuż rzeki. Początkowo szlak idzie lasem, który trochę ogranicza podziwianie widoków. Po jakiś 3 godzinach od wyjścia z namiotu docieramy do Mirrador, czyli punktu widokowego. Panorama jest rzeczywiście niepowtarzalna. 360 Stopni wokół nas podziwiamy panoramiczne widoki na strzeliste szczyty gór. W kilku miejscach zalegają ogromne lodowce, których jęzory zwisają dużo niżej niż nasz Mirrador. Spędzamy tam prawie godzinne wpatrując się w te piękne góry.

IMG_7564

IMG_7586

Wracając przechodzimy obok tych gigantycznych lodowców słysząc w oddali trzaski i łomoty schodzących lawiny. Na szczęście dzieli nas od nich głęboka dolina i jesteśmy bezpieczni.

Noc trzecia i dzień czwarty – walka z patagońskim wiatrem

Po paru godzinach dochodzimy do schroniska, przy którym czeka na nas nasz rozstawiony wyprawowy namiot. Podczas kolacji przepełnieni widokami staramy się przetrawić to, co widzieliśmy. Później pod sam wieczór siedzimy w schroniskowej knajpce czekając na zmierzch. Przez okno widzimy ze wraz ze zmrokiem wzmaga się wiatr. Drzewa coraz mocnej uginają się od niezdecydowanych, lecz silnych podmuchów i to w różne strony. Sama konstrukcja drewnianego schroniska – choć porządnie wzmocniona systemem dzwigarowo-zastrzalowym –  mocno skrzypi. Hmm, jeśli nie ucichnie to może być trudna noc. W tej próżnej nadziei idziemy do namiot do śpiworka. Po drodze piach już mono «daje» po oczach. Nasz namiot jakby «tańczy», a wiążemy odciągi jeszcze solidniej.

Wiatr nie ustaje i mocno szarpie cały namiot. My w środku po marynarsku próbujemy zasztauować wszystkie przedmioty. Jednak walka ta z żywiołem łatwa nie jest. Namiot mocno huczy i ciągle szarpie przez wiele godzin. Nie możemy zasnąć. Ania idzie po wodę w środku nocy. W schronieniu przy wodzie jest mnóstwo turystów, którym namioty już wiatr połamał. Nasz wyprawowy namiot jest Tereczynie tym sztormowym, czyli specjalnym do ataków szczytowych. No tak teraz testujemy go w praktyce. Zobaczymy czy da rade no i musimy tgr4oche mu pomoc trzymając czasami jego konstrukcje. Nie możemy wiec za bardzo spać, ale ok. 4.00 mocno znużeni i zmęczeni (pomimo, ze sztorm nie ustaje) zasypiamy. Mamy już «w nosie» czy się połamie i czy poleci nam cześć ekwipunku. Instynkt snu na szczęście zwycięża nad hałasem i ciągłym szarpaniem. Zasypiamy na te drogocenne 2 godziny. Legendarny Patagoński wiatr, a właściwie sztorm dal nam ostro «popalić» i nie ustaje. Namiot na szczęście przetrwał. Wygięły się jedynie lekko maszty, co nie przeszkodzi w dalszym ich użytkowaniu.

Rankiem (4-tego dnia) dalej bardzo mocno wieje i wieje. Piasek tak mocno sypał, ze zamknięto nawet ujęcie wody by rury już do końca nie zatkało. Jedynie ze schroniska możemy nabrać wodę na śniadanie.

Napotkany turysta z Francji wymięka po wietrznej nocy, wyrzuca połamany namiot, karimatę do śmieci i z płaczem mówi ze już nigdy nie będzie spal pod namiotem. Wraca do swojego ukochanego Paryża. No cóż patagoński klimat bardziej nadaje się dla Skandynawów czy Polaków niż turystów z zachodniej Europy przyzwyczajonych do luksusów.

My zmęczeni po trudnej nocy ruszamy na szlak z plecakami.

Sztorm ciągle nie ustaje. Wieje dalej tak mocno ze prawie nas kilka razy niemal przewraca razem z całym ekwipunkiem. Dodatkowo, co 10 min. mocno pada przez następne 10 min. i przestaje padać, co nie jest jeszcze najtrudniejsze. Najgorszy jest ten wiatr, który jest tak mocny ze uderzając w tafle jeziora pryska ta woda w nas robić nam porządny «śmigus-dyngus», a już sypaniu piaskiem po oczach nie wspominając…

Uten navn_1

Patagonski wiatr uderza w jezioro tak mocno, ze pryska nam woda w twarz

Idziemy bardziej pod wiatr niż z wiatrem. Góry przed nami zasnuwają szare i ciemne kłębiaste chmury. Już chyba nie ma, co dalej się opchać pogoda nie poprawi się przez następne dni. Jesteśmy już bardzo zmęczeni fizycznie i psychicznie. Podejmujemy jedyna słuszna decyzje «Nie ma, co się dalej pchać! Wracamy!» Cztery dni z tego bardzo trudna noc i dzień nam w Torres del Paine wystarcza. Widzieliśmy już bardzo dużo, chociaż chcieliśmy chodzić przez jeden dzień dłużej i zobaczyć inny wielki lodowiec. Jednak już dosyć, wystarczy. «Ambicja zżera». W tył zwrot i po jakiś 4 godzinach dochodzimy do punktu wyjścia, czyli przystanku, z którego buski zabiera nas w kierunku cywilizacji, czyli Puerto Natales. Dostaliśmy mocno w kość i czas na regeneracje, ale za to wspomnienia z tego treku z pewnością zapadną nam mocno w pamięci…

Opublikowano Ameryka Południowa, Andy, Chile, Góry, Patagonia, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | 6 Komentarzy

Lodowiec Perito Moreno oraz szczyty Cerro Torres i Fitz Roy – odwiedzamy perły argentyńskiej Patagonii…

Uten navn

Czoło lodowca Perito Moreno

Wyjeżdżamy autobusem z Bariloche dalej na południe w kierunku El Calafate. Droga jest długa, ponieważ jedziemy aż przez 28 godzin. Po drodze mamy okazje po raz pierwszy obserwować bezkresna argentyńską pampę. Podążamy przez prawdziwe pustkowia zatrzymując się jedynie na krótkie przerwy w nielicznych miejscowościach oddalonych od siebie po kilkaset kilometrów.

IMG_7299

Bezkresna pampa niedaleko El Chaten

Mamy okazje na «uporządkowanie w głowach» wielu przygód i wydarzeń, jakie mamy, na co dzień w ciągu ostatnich kilku miesięcy… Po 28-miu godzinach dojeżdżamy pod wieczór (dosyć wymęczeni) do El Calafate.

Znajdujemy zarezerwowany nocleg, potem szybka kolacja, sprawdzamy prognozę pogody i później już zasłużony, lecz niedługi sen w dormitoria.

Wstajemy wcześnie rano, (chociaż jesteśmy niedospani) by podjechać obejrzeć jeden z największych i najbardziej spektakularnych lodowców Świata – Perito Moreno. Wg prognozy mamy jeszcze tylko ten jeden dzień pięknej pogody. Nie ma wiec, na co czekać. Pobudka o 6.15, Śniadanie złożone z kawy z mlekiem i kanapki z «dulce de leche» – to taki argentyńsko-chilijski rarytas (a’la nasza nutella, chociaż smakiem zbliżony do niezbyt słodkiego karmelu). Później transport busikiem by dojechać pod ten ogromy i przepiękny lodowiec w czasie świetnej pogody…

 IMG_6919

IMG_6882

Oblicze lodowca Perito Moreno

Po obejrzeniu lodowca z kilku perspektyw spędzamy jeszcze 2 nocki i dzień spacerując  po El Calafate. Później jedziemy w kierunku El Chalten.

Ta miejscowość jest baza wypadowa dla wspinaczy i hike’row na lub pod przepiękne szczyty Patagonii: Cerro Torres i Fitz Roy. To są wspaniale, ale niebezpieczne, bardzo trudne technicznie do zdobycia szczyty. Stanowią wyzwanie dla wielu alpinistów z całego Świata, którzy próbują je zdobyć. Ta sztuka udaje się jedynie bardzo nielicznym – tym najlepszym z najlepszych, którym dopisze także zmienna i kapryśna pogoda podczas wspinaczki…

IMG_7250

Widok na Fitz Roy (3359 m n.p.m.)

My (na szczęście) wspinaczami nie jesteśmy i wystarcza nam podziwianie widoków szczytów z niższej perspektywy wędrując spokojnie i po amatorsku dolinkami.

Pierwszy dzień podchodzimy pod sam Fitz Roy. Idziemy powoli, spokojnie, dzięki czemu wycieczka zajmuje nam w sumie prawie 9 godzin.

IMG_7223

Kaniony po drodze na Fitz Roy’a

Idziemy szlakiem przez patagoński las, w którym dosyć często natrafiamy na polany, z których widać sterczące strome skaliste szczyty na tle nieco zachmurzonego nieba. Po kilku godzinach dochodzimy do jeziora wulkaniczno-polodowcowego z, nad którego oglądamy stromy szczyt Fitz Roy uroczo skomponowany wśród łańcuchach grani skalnych. Strome wyżłobienia skalne wypełnione są lodowcami, które dodają uroku i kolorystyki górom w wielu ich odcieniach szarości…

IMG_7090

Szczyt Fitz Roy widzimy z perpektywy jeziora wulkaniczno-polodowcowego

Drugi dzień poświęcamy na podejdzie pod Cerro Torres. Wycieczka już nieco krótsza, bo trwa jedynie 5-6 godzin, ale jest także bardzo ciekawa. Słonce świeci bardzo mocno, a smarowanie się kremem na słońce o wysokim UV jest niezbędną ochroną. Nakrycie głowy jest również praktycznie obowiązkowe. W Patagonii panują dosyć specyficzne warunki i miejscowi ostrzegają, ze słońce potrafi «palic» nawet 4 razy mocniej niż w Europie. Wypijamy dosyć szybko do po ok. 2 godzinach wędrówki zabrana 1,5 litrowa butelkę wody. Jest upal i ciągle nas podczas marszu mocno «szuszy». Na szczęście można nabierać wodę z niektórych strumieni o przejrzystym kolorze, co bardzo nam pomaga…

Ostatni trzeci dzień to dla nas oglądanie Fitz Roya i Cerro Torres z dystansu. Wchodzimy na pobliskie wzgórza by obejrzeć dolinkę i jej okolice, no i te góry raz jeszcze.

IMG_7191

Cerro Torre (3128 m n.p.m.)

Spędzamy w sumie w El Chalten 3 cudowne dni ciesząc się dobra pogoda i podziwiając panoramki niepowtarzalnych scenerii. Mamy dużo szczęścia – taka dobra pogoda to rzadkość. Podobno potrafi tu bardzo mocno wiać i padać przez wiele dni. Cieszymy się, ze po raz kolejny udaje się nam «odkryć» kolejny piękny zakątek Świata…

IMG_7257

My z widokiem na szczyt Fitz Roy i zachmurzone Cerro Torre

Po całych 2 tygodniach wędrowania i podróżowania po wspanialej argentyńskiej Patagonii wyjeżdżamy z El Calafate w kierunku przejścia granicznego z Chile.  Po przekroczeniu granicy czeka na nas kolejna kilkudniowa wędrówka z plecakiem przez Torres del Peine – urzekające góry samego krańca południowego Chile….

Opublikowano Ameryka Południowa, Andy, Argentyna, Patagonia | Otagowano , | Dodaj komentarz

Poznajemy Patagonię, czyli wędrówki po argentyńskich Andach

IMG_6541

Z Chile do Argentyny przez Andy

Wyjeżdżamy autobusem z Puento Mont w Chile w kierunku argentyńskiego i turystycznego Bariloche. Po kilku godzinach dojeżdżamy do granicy chilijsko-argentyńskiej, znajdującej się w wysokich górach, w samym sercu Patagonii. Najpierw zostajemy odprawieni przez chilijska straż graniczna. Po godzinie jazdy krętymi drogami dojeżdżamy w końcu do posterunku argentyńskiej straży granicznej. Uff… Już baliśmy się ze czegoś nie zrozumieliśmy i zapomnieli nam wbić argentyńskiej pieczątki wjazdowej. Nie spodziewaliśmy się ze tzw. pas «ziemi niczyjej» jest tak długi. To jedna z najdłuższych granic, jakie do tej pory przekraczaliśmy.

Jesteśmy w Argentynie, dla Grzesia to już 44 kraj w jego podróżniczym CV. Az nam ślinka cieknie na myśl o argentyńskim asado czy innych specjałów z wołowiny. Lubimy to uczucie, kiedy pierwszy raz wjeżdżamy do kraju, który znamy tylko z opowieści i przewodników. Możemy wtedy na swój sposób poznawać go i odkrywać. Wracając myślami po powrocie Argentyna nie będzie już dla nas czymś anonimowym, ale będzie dla nas czymś bardziej autentycznym i odzywać Beda wspomnienia… Podobnie jak teraz po poł roku podroży fajnie jest wrócić myślami do przygód przeżytych w Azji czy Australii i Nowej Zelandii…

W Bariloche

Po 8-miu godzinach dojeżdżamy do Bariloche i już mamy pierwszy problem. Dworzec autobusowy, chociaż dosyć duży i nowoczesny nie posiada punktu wymiany walut ani bankomatu. Niestety od miasta oddalony jest o jakieś 4 km a bardzo upalna pogoda nie zachęca do wędrówki z plecakiem. Próbujemy zapłacić w chilijskich peso w autobusie, ale niestety ich nie chcą. Pozostaje nam tylko taksówka do centrum i wybranie argentyńskich peso w bankomacie. Na szczęście taksówka jest tylko trochę droższa od autobusu, no i podwozi nam pod sam hostel. Jest naprawdę gorąco jakieś 30 stopni i strasznie sucho, pogoda idealna na popołudniowa sjestę. Tylko ze my jesteśmy okropnie głodni i nie myślimy o odpoczynku. Desperacko szukamy otwartego lokalu z jedzeniem. Prawie wszystko jest zamknięte w czasie sjesty, ale my nie możemy czekać do 21 z obiadem :). Znajdujemy w końcu przytulny lokalik i pierwszy raz próbujemy argentyńskiej wołowiny… Pycha.

Okolice Llao Llao

IMG_6431

Następnego dnia ruszamy na wycieczkę w góry, w okolice Lao Lao. Jest ciągle bardzo ciepło, sporo ponad 30°C, zero chmurek, ostre słonce i bardzo strome podejście. Na szczęście mamy 3 litry wody, które wchłaniamy w ciągu jednej godziny. Dochodzimy do schroniska na wysokości 1300m, z którego roztacza się wspaniała panorama jezior otoczonych górami. Mieliśmy ambitne plany wejścia wyżej, ale rezygnujemy. Widok stad jest piękny, a my jesteśmy trochę padnięci przebywaniem na słońcu. Naśladujemy wiec miejscowych i oddajemy się sjeście…

IMG_6416

Popoludniowa sjesta w urokliwej chatce z widokiem

Wędrówka pod wulkan Monte Tronador 3478 m

Nazajutrz ambitnie jedziemy z plecakami do parku narodowego w pobliżu Bariloche. Chcemy być w górach aż 3 dni, nocować w chatce pod szczytem wulkanu Monte Tronador 3478m na wysokości 2050m. Studiując mapę widzimy ze musi być tam pięknie. Wszędzie gdzie okiem nie sięgnąć andyjskie szczyty i lodowce.

Do Parku Narodowego Nahuel Huapi prowadzi wąska i kreta droga, która pokonujemy jadać terenowym autobusikiem. Dojeżdżamy do Pampa Linda skąd rozpoczyna się nasza wędrówka. Przed wyjściem na szlak każą nam się zarejestrować. Wypytują nas o wszytko czy mamy latarki, apteczkę, śpiwór, kompas, krem na słonce a także o numery ubezpieczenia. Potem bardzo dokładnie tłumaczą nam jak iść zęby się nie zgubić. Dostajemy nawet darmowa mapę. W sumie podoba nam się takie podejście. Czujemy ze nasze bezpieczeństwo nie jest im obojętne. Co prawda idziemy tylko do chatki standardowym szlakiem, nie będziemy się wspinać po pionowych ścianach, ale przezorności nigdy nie za wiele :)…

Początkowo droga prowadzi po płaskim terenie przez las, aby później zamienić się dosyć strome, choć znośne podejście. Największym problemem okazują się chmary ogromnych much i ostre słonce. Na szczęście mamy ze sobą moskitierę, która bardzo się przydaje teraz. Mijamy wielu turystów i nikt z nich moskitiery nie ma. Dostajemy wielokrotne gratulacje z ich ust, a nawet brawa. Wyraźnie zazdroszczą nam naszej ochrony w czasie marszu. Warto zawsze ze sobą cos takiego mieć. Wazy nie więcej jak 50 gram i zajmuje niewiele miejsce w plecaku. Muchy wciąż nad nami latają, ale przynajmniej nie wciskają nam się do ust, oczu i nosa, co stanowi pewnie komfort w porównaniu do innych.

IMG_6465

Po 6 ciu miesiacach moskitiery sie bardzo przydaly

Po przejściu ponad granice lasu idziemy przez ogromne pola zastygłej lawy. Wokół nas rozpościerają się przepiękne widoki na głębokie kaniony, wysokie wystrzępione skaliste szczyty i rozlegle lodowce. Obserwując przelatujące nad głowami kondory żałujemy tylko jednego, ze nie mamy skrzydeł. One to musza mieć piękne widoki szybując ponad górami…

IMG_6491

W drodze do Otto Meiling hut

Po ok. 5-ciu godzinach podejścia pochodzimy do schroniska, położonego pomiędzy dwoma wielkimi lodowcami u stop szczytu Monte Tronador. Jest stad całkiem niedaleko do granicy z Chile, ale my zostaniemy jeszcze trochę w Argentynie.

IMG_6529

IMG_6631

Widok na wulkan Monte Tronador 3478 m

W schronisku czujemy się prawie jak w Polsce. Te same klimaty, podobni ludzie. Kultura argentyńska wydaje się nam stosunkowo bliska naszej. Na poddaszu w śpiworze wysypiamy się lepiej niż gdziekolwiek indziej w podróży :). W tej bajkowej scenerii wśród gór spędzamy dwa dni, spacerując bez pospiechu podziwiamy ten piękny kawałek świata.

Świętujemy tez tutaj nasze poł roku w podróży. Z jednej strony szybko to zleciało, ale z drugiej mamy wiele pięknych wspomnień. Jeszcze tylko trzy miesiące, wiec musimy się nacieszyć widokami i wolnością…

Opublikowano Ameryka Południowa, Andy, Argentyna, Góry, Patagonia, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ameryka Południowa i Chile po raz pierwszy – IV część i IV kontynent w czasie Naszej Podróży. Odwiedzamy nasz w sumie już VI kontynent.

Uten navn

Po wspaniałych i fantastycznych 71 dniach w Nowej Zelandii wylatujemy z Auckland w kierunku Santiago de Chile. Lot trwa cale 10 godzin. Przez prawie cały czas lecimy nad największym oceanem Świata. Lecąc ponad chmurami nieraz widać wzburzone wody granatowego Pacyfiku. Przychodzą myśli nt. ogromu tego Oceanu, który zajmuje ok. 1/3 powierzchni kuli Ziemskiej. Nasz samolot, chociaż całkiem spory jest przy Nim praktycznie niczym. Nie zauważamy żadnych nawet najmniejszych wysp, wiec trudno by było np. wylądować awaryjnie, pozostaje nadzieja ze wszystko będzie dobrze, ze przejściowe turbulencje będą naprawdę przejściowe i spokojnie wylądujemy po raz pierwszy w Ameryce Południowej… W czasie przelotu nad Pacyfikiem mamy nasz pierwsza…

Podróż w czasie do przeszłości…

Wylatujemy 7-mego stycznia 2013r. o godz. 16-tej by po 10 godzinach lotu wylądować szczęśliwie w Santiago de Chile o godz. 10-tej również 7-mego stycznia.

Przenosimy się wiec o cale 16 godz. do przeszłości.

Przelatujemy ponad linia zmiany daty zyskując cala dobę, czyli 24 godziny. Tracimy natomiast 8 godzin na różnicy czasu pomiędzy Chile a Nowa Zelandia…

W Santiago de Chile…

IMG_6308

Santiago De Chile widok z San Cristobal Hill, trochę odmiany po Nowej Zelandii

IMG_6228

Serce Santiago czyli Katedra na Glównym Placu – Zocalo

IMG_6279

Wnętrze katedry, trafiamy na msze i mimo ze to srodek tygodnia to kosciól jest pelen ludzi. Niektórzy przyszli prosto z pracy w czasie popoludniowej przerwy

Po wylądowaniu pierwsze wrażenia jak najbardziej pozytywne. Bezproblemowa odprawa paszportowa i odzyskanie bagażu. Później przejazd autobusem i metrem w kierunku zarezerwowanego pokoiku w hostelu. Jest bardzo ciepło, bo ok. 32-37°C no i sucho. To kolejna zmiana klimatu podczas Podroży. Jesteśmy także trochę „padnięci” po nocy w samolocie i zmianie czasu. Zaraz po wejściu do pokoju włączamy wiatraczek i padamy na lóżko. Chociaż jest ok. 13-tej czasu lokalnego to dla nas jak i w Nowej Zelandii jest 5-ta rano, wiec prawie środek nocy…

W Santiago spędzamy cale 3 dni, zwiedzając miasto, odsypiając noc w samolocie i różnice czasu. Okazuje się ze pójście spać aż o 8-siem godzin wcześniej jest o wiele trudniejsze niż zaśniecie później. Dlatego dostosowujemy się do czasu lokalnego aż przez kilka dni pobytu w Chile. Dodatkowo po ponad 10-ciu latach przerwy czeka nas… odświeżanie hiszpańskiego.

IMG_6248

Sant Lucia Hill, pomimo upalu (37°C) wspinamy sie na szczyt 

IMG_6234

Okazuje się, ze w Ameryce Południowej w wielu sytuacjach sam angielski jest niewystraczający a podstawy hiszpańskiego są praktycznie niezbędne. Na szczęście Grzesiek trochę się uczył na studiach no i był na samotnej wyprawie po Meksyku (w 2003r.), wiec póki, co jakoś „dajemy sobie rade”…

Ceny i kuchnia w Chile to dla nas mile zaskoczenie. Po bardzo drogich Antypodach ceny tutaj są całkiem normalne, czyli nawet zbliżone do polskich. Możemy zjeść pyszny 3-daniowy obiad razem z chłodnymi napojami i kawa w knajpce za ok. 10-14 USD. W Australii czy Nowej Zelandii nie kupilibyśmy za ta cenne nawet niezbędnej żywności na tak duży posiłek w supermarkecie…

Santiago to wielkie 5 mln miasto. Po 3-ech dniach i zobaczeniu głównych atrakcji ruszamy na południe Po 12-tu godz. nocnej jazdy autobusem dojeżdżamy już do Patagonii a konkretnie do… Puerto Varas

To klimatyczne miasteczko turystyczne położone nad jeziorem powulkanicznym, w którym oczywiście musimy się wykapać J Dodatkowo możemy podziwiać panorami na pobliskie ośnieżone szczyty wulkaniczne. Jak to dobrze jest wyrwać się z wielkiego Santiago by moc w ciszy i spokoju kontemplować kolejne cuda natury…

IMG_6371

Vulcan Osorno w Petrohue

IMG_6370

Te czarne punkty to ogromne gryzace muchy, trafilismy na okres kiedy wystepuja, podobno tylko 2 tygodnie w roku 🙂

W hostelu spotykamy rodzinę z Polski, która podobnie jak my podróżuje dookoła Świata. Maja podobna trasę do naszej tylko, ze podróżują w przeciwnym kierunku. Wymieniamy się wieloma cennymi informacjami, które z pewnością będą jeszcze pomocne… Poza tym bardzo milo jest spotkać w końcu Polaków na trasie i to takich o podobnych do siebie…

Po paru dniach spędzonych w okolicach Puerto Varas jedziemy przez Puerto Mont w kierunku … Argentyny i  Bariloche, czyli takiego miejscowego „Zakopanego”, ale o Argentynie napiszemy niebawem.

Tymczasem Pozdrawiamy serdecznie ze słonecznej Patagonii…

Opublikowano Ameryka Południowa, Chile, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz