Z plecakiem po Torres del Paine – odkrywamy południowy kraniec chilijskiej Patagonii

Uten navn

Góry Torres de Paine z dystansu podczas ładnej pogody

Opuszczamy na jakiś czas Argentynę i wjeżdżamy z powrotem do Chile. Argentyna okazała się droższa od Chile. Wszystko przez kryzys i inflacje, jaka tam panuje. Ceny zmieniają się z miesiąca na miesiąc.  Jadąc w kierunku granicy nucimy sobie po drodze: Don’t cry for my Argentina but….you are too expensive…

Na granicy dokładnie skanują wszystkie bagaże. Wszystko to z powodu zakazu wwozu wielu produktów żywnościowych do Chile. Jak dla nas to lekka przesada w końcu jedziemy tylko kilkaset kilometrów, ale na przepisy nie ma rady? W końcu jednak dostajemy pieczątki wjazdowe i jesteśmy ponownie w Chile.

Dojeżdżamy do Puerto Natales, skąd planujemy udać się na kilkudniowy trek w Parku narodowym Torres del Paine. Po sprawdzeniu prognozy pogody decydujemy, ze nie ma, na co czekać. Mamy tylko dwa, maksymalnie trzy dni ładnej pogody, robimy wiec szybkie zakupy, przepakowujemy plecaki i ruszamy na szlak.

Dzień pierwszy – świetna pogoda i widoki

IMG_7347

Zaczynamy nasza wedrowke w Torres del Paine

IMG_7370

W drodze na punkt widokowy

Pierwszego dnia pogoda nam dopisuje. Błękitne niebo, slaby wiatr aż trudno uwierzyć ze jesteśmy w Patagonii. W przepięknej pogodzie dochodzimy do punktu widokowego i podziwiamy główną atrakcje parku, strzeliste wieże Torres del Paine na tle lodowców i szmaragdowego jeziora.

IMG_7431

Slynne wieze Torres del Paine – widok z Base la Torres

Jest to jedna z najlepszych rzeczy, jakie udało nam się zobaczyć na tej wyprawie. Kompletnie nie spodziewaliśmy się aż takich widoków. Mile zaskoczeni spędzamy na punkcie widokowym dużo więcej czasu niż planowaliśmy i dopiero pod wieczór schodzimy na zasłużony odpoczynek do naszego namiotu. Noc jest ciepła i bezwietrzna. Dawno już się tak nie wyspaliśmy na tej wyprawie…W przeciwieństwie do innych, którzy ambitnie wstali o 4 tej rano żeby z punktu widokowego oglądać wieże Torres de Paine w blasku wschodzącego słońca. Nam się jednak nie chciało wychodzić po ciemku z ciepłego śpiwora. Decyzja o tym zęby nie być zbyt ambitnym i wyspać się jak się ma okazje okazała się trafna. Ale o tym za chwile.

Dzień drugi – długi i pogodny

IMG_7462

 Następnego dnia wyruszamy dosyć wcześnie, bo mamy przed sobą długa drogę. Po 9-ciu godzinach głodni docieramy wreszcie na kemping przy schronisku. Rozstawiamy namiot, gotujemy na naszej maleńkiej turystycznej kuchence gazowej, szybka kolacja składająca się z pysznego spaghetti, którego kupiliśmy na 6 obiadów – tylko to znaleźliśmy w sklepie w Puento Natales. Jeden z turystów próbuje uruchomić butle gazowa odkręcając tylko zawór butli bez użycia zapałek. Bardzo zdziwiony pyta się nas: it is not automatic? No cóż w Torres del Paine można tez spotkać turystów, którzy nigdy nie byli na biwaku i pierwszy raz śpią pod namiotem. Trochę to ryzykowne z uwagi na zmienna pogodę w Patagonii.

Dzień trzeci – widokowy

IMG_7621

Na szczęście pogoda się utrzymuje i mamy kolejny bardzo udany trzeci już dzien. Decydujemy, ze kolejna noc spędzimy w tym samym miejscu by spokojnie «na lekko», (czyli jedynie z małym plecakiem wyposażonym w prowiant i wodę) dotrzeć do głównego punktu widokowego. To jeden z najpiękniejszych odcinków tej trasy. Idziemy początkowo wzdłuż jeziora, docieramy do obozu włoskiego, który akurat czasowo jest zamknięty. Później skręcamy szlakiem w prawo by dojść do samego środka Torres del Paine i obserwować skaliste pasma górskie jakby «od wewnątrz» będąc nimi otoczeni. Idziemy w górę dolina francuzów wzdłuż rzeki. Początkowo szlak idzie lasem, który trochę ogranicza podziwianie widoków. Po jakiś 3 godzinach od wyjścia z namiotu docieramy do Mirrador, czyli punktu widokowego. Panorama jest rzeczywiście niepowtarzalna. 360 Stopni wokół nas podziwiamy panoramiczne widoki na strzeliste szczyty gór. W kilku miejscach zalegają ogromne lodowce, których jęzory zwisają dużo niżej niż nasz Mirrador. Spędzamy tam prawie godzinne wpatrując się w te piękne góry.

IMG_7564

IMG_7586

Wracając przechodzimy obok tych gigantycznych lodowców słysząc w oddali trzaski i łomoty schodzących lawiny. Na szczęście dzieli nas od nich głęboka dolina i jesteśmy bezpieczni.

Noc trzecia i dzień czwarty – walka z patagońskim wiatrem

Po paru godzinach dochodzimy do schroniska, przy którym czeka na nas nasz rozstawiony wyprawowy namiot. Podczas kolacji przepełnieni widokami staramy się przetrawić to, co widzieliśmy. Później pod sam wieczór siedzimy w schroniskowej knajpce czekając na zmierzch. Przez okno widzimy ze wraz ze zmrokiem wzmaga się wiatr. Drzewa coraz mocnej uginają się od niezdecydowanych, lecz silnych podmuchów i to w różne strony. Sama konstrukcja drewnianego schroniska – choć porządnie wzmocniona systemem dzwigarowo-zastrzalowym –  mocno skrzypi. Hmm, jeśli nie ucichnie to może być trudna noc. W tej próżnej nadziei idziemy do namiot do śpiworka. Po drodze piach już mono «daje» po oczach. Nasz namiot jakby «tańczy», a wiążemy odciągi jeszcze solidniej.

Wiatr nie ustaje i mocno szarpie cały namiot. My w środku po marynarsku próbujemy zasztauować wszystkie przedmioty. Jednak walka ta z żywiołem łatwa nie jest. Namiot mocno huczy i ciągle szarpie przez wiele godzin. Nie możemy zasnąć. Ania idzie po wodę w środku nocy. W schronieniu przy wodzie jest mnóstwo turystów, którym namioty już wiatr połamał. Nasz wyprawowy namiot jest Tereczynie tym sztormowym, czyli specjalnym do ataków szczytowych. No tak teraz testujemy go w praktyce. Zobaczymy czy da rade no i musimy tgr4oche mu pomoc trzymając czasami jego konstrukcje. Nie możemy wiec za bardzo spać, ale ok. 4.00 mocno znużeni i zmęczeni (pomimo, ze sztorm nie ustaje) zasypiamy. Mamy już «w nosie» czy się połamie i czy poleci nam cześć ekwipunku. Instynkt snu na szczęście zwycięża nad hałasem i ciągłym szarpaniem. Zasypiamy na te drogocenne 2 godziny. Legendarny Patagoński wiatr, a właściwie sztorm dal nam ostro «popalić» i nie ustaje. Namiot na szczęście przetrwał. Wygięły się jedynie lekko maszty, co nie przeszkodzi w dalszym ich użytkowaniu.

Rankiem (4-tego dnia) dalej bardzo mocno wieje i wieje. Piasek tak mocno sypał, ze zamknięto nawet ujęcie wody by rury już do końca nie zatkało. Jedynie ze schroniska możemy nabrać wodę na śniadanie.

Napotkany turysta z Francji wymięka po wietrznej nocy, wyrzuca połamany namiot, karimatę do śmieci i z płaczem mówi ze już nigdy nie będzie spal pod namiotem. Wraca do swojego ukochanego Paryża. No cóż patagoński klimat bardziej nadaje się dla Skandynawów czy Polaków niż turystów z zachodniej Europy przyzwyczajonych do luksusów.

My zmęczeni po trudnej nocy ruszamy na szlak z plecakami.

Sztorm ciągle nie ustaje. Wieje dalej tak mocno ze prawie nas kilka razy niemal przewraca razem z całym ekwipunkiem. Dodatkowo, co 10 min. mocno pada przez następne 10 min. i przestaje padać, co nie jest jeszcze najtrudniejsze. Najgorszy jest ten wiatr, który jest tak mocny ze uderzając w tafle jeziora pryska ta woda w nas robić nam porządny «śmigus-dyngus», a już sypaniu piaskiem po oczach nie wspominając…

Uten navn_1

Patagonski wiatr uderza w jezioro tak mocno, ze pryska nam woda w twarz

Idziemy bardziej pod wiatr niż z wiatrem. Góry przed nami zasnuwają szare i ciemne kłębiaste chmury. Już chyba nie ma, co dalej się opchać pogoda nie poprawi się przez następne dni. Jesteśmy już bardzo zmęczeni fizycznie i psychicznie. Podejmujemy jedyna słuszna decyzje «Nie ma, co się dalej pchać! Wracamy!» Cztery dni z tego bardzo trudna noc i dzień nam w Torres del Paine wystarcza. Widzieliśmy już bardzo dużo, chociaż chcieliśmy chodzić przez jeden dzień dłużej i zobaczyć inny wielki lodowiec. Jednak już dosyć, wystarczy. «Ambicja zżera». W tył zwrot i po jakiś 4 godzinach dochodzimy do punktu wyjścia, czyli przystanku, z którego buski zabiera nas w kierunku cywilizacji, czyli Puerto Natales. Dostaliśmy mocno w kość i czas na regeneracje, ale za to wspomnienia z tego treku z pewnością zapadną nam mocno w pamięci…

Opublikowano Ameryka Południowa, Andy, Chile, Góry, Patagonia, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | 6 Komentarzy

Lodowiec Perito Moreno oraz szczyty Cerro Torres i Fitz Roy – odwiedzamy perły argentyńskiej Patagonii…

Uten navn

Czoło lodowca Perito Moreno

Wyjeżdżamy autobusem z Bariloche dalej na południe w kierunku El Calafate. Droga jest długa, ponieważ jedziemy aż przez 28 godzin. Po drodze mamy okazje po raz pierwszy obserwować bezkresna argentyńską pampę. Podążamy przez prawdziwe pustkowia zatrzymując się jedynie na krótkie przerwy w nielicznych miejscowościach oddalonych od siebie po kilkaset kilometrów.

IMG_7299

Bezkresna pampa niedaleko El Chaten

Mamy okazje na «uporządkowanie w głowach» wielu przygód i wydarzeń, jakie mamy, na co dzień w ciągu ostatnich kilku miesięcy… Po 28-miu godzinach dojeżdżamy pod wieczór (dosyć wymęczeni) do El Calafate.

Znajdujemy zarezerwowany nocleg, potem szybka kolacja, sprawdzamy prognozę pogody i później już zasłużony, lecz niedługi sen w dormitoria.

Wstajemy wcześnie rano, (chociaż jesteśmy niedospani) by podjechać obejrzeć jeden z największych i najbardziej spektakularnych lodowców Świata – Perito Moreno. Wg prognozy mamy jeszcze tylko ten jeden dzień pięknej pogody. Nie ma wiec, na co czekać. Pobudka o 6.15, Śniadanie złożone z kawy z mlekiem i kanapki z «dulce de leche» – to taki argentyńsko-chilijski rarytas (a’la nasza nutella, chociaż smakiem zbliżony do niezbyt słodkiego karmelu). Później transport busikiem by dojechać pod ten ogromy i przepiękny lodowiec w czasie świetnej pogody…

 IMG_6919

IMG_6882

Oblicze lodowca Perito Moreno

Po obejrzeniu lodowca z kilku perspektyw spędzamy jeszcze 2 nocki i dzień spacerując  po El Calafate. Później jedziemy w kierunku El Chalten.

Ta miejscowość jest baza wypadowa dla wspinaczy i hike’row na lub pod przepiękne szczyty Patagonii: Cerro Torres i Fitz Roy. To są wspaniale, ale niebezpieczne, bardzo trudne technicznie do zdobycia szczyty. Stanowią wyzwanie dla wielu alpinistów z całego Świata, którzy próbują je zdobyć. Ta sztuka udaje się jedynie bardzo nielicznym – tym najlepszym z najlepszych, którym dopisze także zmienna i kapryśna pogoda podczas wspinaczki…

IMG_7250

Widok na Fitz Roy (3359 m n.p.m.)

My (na szczęście) wspinaczami nie jesteśmy i wystarcza nam podziwianie widoków szczytów z niższej perspektywy wędrując spokojnie i po amatorsku dolinkami.

Pierwszy dzień podchodzimy pod sam Fitz Roy. Idziemy powoli, spokojnie, dzięki czemu wycieczka zajmuje nam w sumie prawie 9 godzin.

IMG_7223

Kaniony po drodze na Fitz Roy’a

Idziemy szlakiem przez patagoński las, w którym dosyć często natrafiamy na polany, z których widać sterczące strome skaliste szczyty na tle nieco zachmurzonego nieba. Po kilku godzinach dochodzimy do jeziora wulkaniczno-polodowcowego z, nad którego oglądamy stromy szczyt Fitz Roy uroczo skomponowany wśród łańcuchach grani skalnych. Strome wyżłobienia skalne wypełnione są lodowcami, które dodają uroku i kolorystyki górom w wielu ich odcieniach szarości…

IMG_7090

Szczyt Fitz Roy widzimy z perpektywy jeziora wulkaniczno-polodowcowego

Drugi dzień poświęcamy na podejdzie pod Cerro Torres. Wycieczka już nieco krótsza, bo trwa jedynie 5-6 godzin, ale jest także bardzo ciekawa. Słonce świeci bardzo mocno, a smarowanie się kremem na słońce o wysokim UV jest niezbędną ochroną. Nakrycie głowy jest również praktycznie obowiązkowe. W Patagonii panują dosyć specyficzne warunki i miejscowi ostrzegają, ze słońce potrafi «palic» nawet 4 razy mocniej niż w Europie. Wypijamy dosyć szybko do po ok. 2 godzinach wędrówki zabrana 1,5 litrowa butelkę wody. Jest upal i ciągle nas podczas marszu mocno «szuszy». Na szczęście można nabierać wodę z niektórych strumieni o przejrzystym kolorze, co bardzo nam pomaga…

Ostatni trzeci dzień to dla nas oglądanie Fitz Roya i Cerro Torres z dystansu. Wchodzimy na pobliskie wzgórza by obejrzeć dolinkę i jej okolice, no i te góry raz jeszcze.

IMG_7191

Cerro Torre (3128 m n.p.m.)

Spędzamy w sumie w El Chalten 3 cudowne dni ciesząc się dobra pogoda i podziwiając panoramki niepowtarzalnych scenerii. Mamy dużo szczęścia – taka dobra pogoda to rzadkość. Podobno potrafi tu bardzo mocno wiać i padać przez wiele dni. Cieszymy się, ze po raz kolejny udaje się nam «odkryć» kolejny piękny zakątek Świata…

IMG_7257

My z widokiem na szczyt Fitz Roy i zachmurzone Cerro Torre

Po całych 2 tygodniach wędrowania i podróżowania po wspanialej argentyńskiej Patagonii wyjeżdżamy z El Calafate w kierunku przejścia granicznego z Chile.  Po przekroczeniu granicy czeka na nas kolejna kilkudniowa wędrówka z plecakiem przez Torres del Peine – urzekające góry samego krańca południowego Chile….

Opublikowano Ameryka Południowa, Andy, Argentyna, Patagonia | Otagowano , | Dodaj komentarz

Poznajemy Patagonię, czyli wędrówki po argentyńskich Andach

IMG_6541

Z Chile do Argentyny przez Andy

Wyjeżdżamy autobusem z Puento Mont w Chile w kierunku argentyńskiego i turystycznego Bariloche. Po kilku godzinach dojeżdżamy do granicy chilijsko-argentyńskiej, znajdującej się w wysokich górach, w samym sercu Patagonii. Najpierw zostajemy odprawieni przez chilijska straż graniczna. Po godzinie jazdy krętymi drogami dojeżdżamy w końcu do posterunku argentyńskiej straży granicznej. Uff… Już baliśmy się ze czegoś nie zrozumieliśmy i zapomnieli nam wbić argentyńskiej pieczątki wjazdowej. Nie spodziewaliśmy się ze tzw. pas «ziemi niczyjej» jest tak długi. To jedna z najdłuższych granic, jakie do tej pory przekraczaliśmy.

Jesteśmy w Argentynie, dla Grzesia to już 44 kraj w jego podróżniczym CV. Az nam ślinka cieknie na myśl o argentyńskim asado czy innych specjałów z wołowiny. Lubimy to uczucie, kiedy pierwszy raz wjeżdżamy do kraju, który znamy tylko z opowieści i przewodników. Możemy wtedy na swój sposób poznawać go i odkrywać. Wracając myślami po powrocie Argentyna nie będzie już dla nas czymś anonimowym, ale będzie dla nas czymś bardziej autentycznym i odzywać Beda wspomnienia… Podobnie jak teraz po poł roku podroży fajnie jest wrócić myślami do przygód przeżytych w Azji czy Australii i Nowej Zelandii…

W Bariloche

Po 8-miu godzinach dojeżdżamy do Bariloche i już mamy pierwszy problem. Dworzec autobusowy, chociaż dosyć duży i nowoczesny nie posiada punktu wymiany walut ani bankomatu. Niestety od miasta oddalony jest o jakieś 4 km a bardzo upalna pogoda nie zachęca do wędrówki z plecakiem. Próbujemy zapłacić w chilijskich peso w autobusie, ale niestety ich nie chcą. Pozostaje nam tylko taksówka do centrum i wybranie argentyńskich peso w bankomacie. Na szczęście taksówka jest tylko trochę droższa od autobusu, no i podwozi nam pod sam hostel. Jest naprawdę gorąco jakieś 30 stopni i strasznie sucho, pogoda idealna na popołudniowa sjestę. Tylko ze my jesteśmy okropnie głodni i nie myślimy o odpoczynku. Desperacko szukamy otwartego lokalu z jedzeniem. Prawie wszystko jest zamknięte w czasie sjesty, ale my nie możemy czekać do 21 z obiadem :). Znajdujemy w końcu przytulny lokalik i pierwszy raz próbujemy argentyńskiej wołowiny… Pycha.

Okolice Llao Llao

IMG_6431

Następnego dnia ruszamy na wycieczkę w góry, w okolice Lao Lao. Jest ciągle bardzo ciepło, sporo ponad 30°C, zero chmurek, ostre słonce i bardzo strome podejście. Na szczęście mamy 3 litry wody, które wchłaniamy w ciągu jednej godziny. Dochodzimy do schroniska na wysokości 1300m, z którego roztacza się wspaniała panorama jezior otoczonych górami. Mieliśmy ambitne plany wejścia wyżej, ale rezygnujemy. Widok stad jest piękny, a my jesteśmy trochę padnięci przebywaniem na słońcu. Naśladujemy wiec miejscowych i oddajemy się sjeście…

IMG_6416

Popoludniowa sjesta w urokliwej chatce z widokiem

Wędrówka pod wulkan Monte Tronador 3478 m

Nazajutrz ambitnie jedziemy z plecakami do parku narodowego w pobliżu Bariloche. Chcemy być w górach aż 3 dni, nocować w chatce pod szczytem wulkanu Monte Tronador 3478m na wysokości 2050m. Studiując mapę widzimy ze musi być tam pięknie. Wszędzie gdzie okiem nie sięgnąć andyjskie szczyty i lodowce.

Do Parku Narodowego Nahuel Huapi prowadzi wąska i kreta droga, która pokonujemy jadać terenowym autobusikiem. Dojeżdżamy do Pampa Linda skąd rozpoczyna się nasza wędrówka. Przed wyjściem na szlak każą nam się zarejestrować. Wypytują nas o wszytko czy mamy latarki, apteczkę, śpiwór, kompas, krem na słonce a także o numery ubezpieczenia. Potem bardzo dokładnie tłumaczą nam jak iść zęby się nie zgubić. Dostajemy nawet darmowa mapę. W sumie podoba nam się takie podejście. Czujemy ze nasze bezpieczeństwo nie jest im obojętne. Co prawda idziemy tylko do chatki standardowym szlakiem, nie będziemy się wspinać po pionowych ścianach, ale przezorności nigdy nie za wiele :)…

Początkowo droga prowadzi po płaskim terenie przez las, aby później zamienić się dosyć strome, choć znośne podejście. Największym problemem okazują się chmary ogromnych much i ostre słonce. Na szczęście mamy ze sobą moskitierę, która bardzo się przydaje teraz. Mijamy wielu turystów i nikt z nich moskitiery nie ma. Dostajemy wielokrotne gratulacje z ich ust, a nawet brawa. Wyraźnie zazdroszczą nam naszej ochrony w czasie marszu. Warto zawsze ze sobą cos takiego mieć. Wazy nie więcej jak 50 gram i zajmuje niewiele miejsce w plecaku. Muchy wciąż nad nami latają, ale przynajmniej nie wciskają nam się do ust, oczu i nosa, co stanowi pewnie komfort w porównaniu do innych.

IMG_6465

Po 6 ciu miesiacach moskitiery sie bardzo przydaly

Po przejściu ponad granice lasu idziemy przez ogromne pola zastygłej lawy. Wokół nas rozpościerają się przepiękne widoki na głębokie kaniony, wysokie wystrzępione skaliste szczyty i rozlegle lodowce. Obserwując przelatujące nad głowami kondory żałujemy tylko jednego, ze nie mamy skrzydeł. One to musza mieć piękne widoki szybując ponad górami…

IMG_6491

W drodze do Otto Meiling hut

Po ok. 5-ciu godzinach podejścia pochodzimy do schroniska, położonego pomiędzy dwoma wielkimi lodowcami u stop szczytu Monte Tronador. Jest stad całkiem niedaleko do granicy z Chile, ale my zostaniemy jeszcze trochę w Argentynie.

IMG_6529

IMG_6631

Widok na wulkan Monte Tronador 3478 m

W schronisku czujemy się prawie jak w Polsce. Te same klimaty, podobni ludzie. Kultura argentyńska wydaje się nam stosunkowo bliska naszej. Na poddaszu w śpiworze wysypiamy się lepiej niż gdziekolwiek indziej w podróży :). W tej bajkowej scenerii wśród gór spędzamy dwa dni, spacerując bez pospiechu podziwiamy ten piękny kawałek świata.

Świętujemy tez tutaj nasze poł roku w podróży. Z jednej strony szybko to zleciało, ale z drugiej mamy wiele pięknych wspomnień. Jeszcze tylko trzy miesiące, wiec musimy się nacieszyć widokami i wolnością…

Opublikowano Ameryka Południowa, Andy, Argentyna, Góry, Patagonia, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ameryka Południowa i Chile po raz pierwszy – IV część i IV kontynent w czasie Naszej Podróży. Odwiedzamy nasz w sumie już VI kontynent.

Uten navn

Po wspaniałych i fantastycznych 71 dniach w Nowej Zelandii wylatujemy z Auckland w kierunku Santiago de Chile. Lot trwa cale 10 godzin. Przez prawie cały czas lecimy nad największym oceanem Świata. Lecąc ponad chmurami nieraz widać wzburzone wody granatowego Pacyfiku. Przychodzą myśli nt. ogromu tego Oceanu, który zajmuje ok. 1/3 powierzchni kuli Ziemskiej. Nasz samolot, chociaż całkiem spory jest przy Nim praktycznie niczym. Nie zauważamy żadnych nawet najmniejszych wysp, wiec trudno by było np. wylądować awaryjnie, pozostaje nadzieja ze wszystko będzie dobrze, ze przejściowe turbulencje będą naprawdę przejściowe i spokojnie wylądujemy po raz pierwszy w Ameryce Południowej… W czasie przelotu nad Pacyfikiem mamy nasz pierwsza…

Podróż w czasie do przeszłości…

Wylatujemy 7-mego stycznia 2013r. o godz. 16-tej by po 10 godzinach lotu wylądować szczęśliwie w Santiago de Chile o godz. 10-tej również 7-mego stycznia.

Przenosimy się wiec o cale 16 godz. do przeszłości.

Przelatujemy ponad linia zmiany daty zyskując cala dobę, czyli 24 godziny. Tracimy natomiast 8 godzin na różnicy czasu pomiędzy Chile a Nowa Zelandia…

W Santiago de Chile…

IMG_6308

Santiago De Chile widok z San Cristobal Hill, trochę odmiany po Nowej Zelandii

IMG_6228

Serce Santiago czyli Katedra na Glównym Placu – Zocalo

IMG_6279

Wnętrze katedry, trafiamy na msze i mimo ze to srodek tygodnia to kosciól jest pelen ludzi. Niektórzy przyszli prosto z pracy w czasie popoludniowej przerwy

Po wylądowaniu pierwsze wrażenia jak najbardziej pozytywne. Bezproblemowa odprawa paszportowa i odzyskanie bagażu. Później przejazd autobusem i metrem w kierunku zarezerwowanego pokoiku w hostelu. Jest bardzo ciepło, bo ok. 32-37°C no i sucho. To kolejna zmiana klimatu podczas Podroży. Jesteśmy także trochę „padnięci” po nocy w samolocie i zmianie czasu. Zaraz po wejściu do pokoju włączamy wiatraczek i padamy na lóżko. Chociaż jest ok. 13-tej czasu lokalnego to dla nas jak i w Nowej Zelandii jest 5-ta rano, wiec prawie środek nocy…

W Santiago spędzamy cale 3 dni, zwiedzając miasto, odsypiając noc w samolocie i różnice czasu. Okazuje się ze pójście spać aż o 8-siem godzin wcześniej jest o wiele trudniejsze niż zaśniecie później. Dlatego dostosowujemy się do czasu lokalnego aż przez kilka dni pobytu w Chile. Dodatkowo po ponad 10-ciu latach przerwy czeka nas… odświeżanie hiszpańskiego.

IMG_6248

Sant Lucia Hill, pomimo upalu (37°C) wspinamy sie na szczyt 

IMG_6234

Okazuje się, ze w Ameryce Południowej w wielu sytuacjach sam angielski jest niewystraczający a podstawy hiszpańskiego są praktycznie niezbędne. Na szczęście Grzesiek trochę się uczył na studiach no i był na samotnej wyprawie po Meksyku (w 2003r.), wiec póki, co jakoś „dajemy sobie rade”…

Ceny i kuchnia w Chile to dla nas mile zaskoczenie. Po bardzo drogich Antypodach ceny tutaj są całkiem normalne, czyli nawet zbliżone do polskich. Możemy zjeść pyszny 3-daniowy obiad razem z chłodnymi napojami i kawa w knajpce za ok. 10-14 USD. W Australii czy Nowej Zelandii nie kupilibyśmy za ta cenne nawet niezbędnej żywności na tak duży posiłek w supermarkecie…

Santiago to wielkie 5 mln miasto. Po 3-ech dniach i zobaczeniu głównych atrakcji ruszamy na południe Po 12-tu godz. nocnej jazdy autobusem dojeżdżamy już do Patagonii a konkretnie do… Puerto Varas

To klimatyczne miasteczko turystyczne położone nad jeziorem powulkanicznym, w którym oczywiście musimy się wykapać J Dodatkowo możemy podziwiać panorami na pobliskie ośnieżone szczyty wulkaniczne. Jak to dobrze jest wyrwać się z wielkiego Santiago by moc w ciszy i spokoju kontemplować kolejne cuda natury…

IMG_6371

Vulcan Osorno w Petrohue

IMG_6370

Te czarne punkty to ogromne gryzace muchy, trafilismy na okres kiedy wystepuja, podobno tylko 2 tygodnie w roku 🙂

W hostelu spotykamy rodzinę z Polski, która podobnie jak my podróżuje dookoła Świata. Maja podobna trasę do naszej tylko, ze podróżują w przeciwnym kierunku. Wymieniamy się wieloma cennymi informacjami, które z pewnością będą jeszcze pomocne… Poza tym bardzo milo jest spotkać w końcu Polaków na trasie i to takich o podobnych do siebie…

Po paru dniach spędzonych w okolicach Puerto Varas jedziemy przez Puerto Mont w kierunku … Argentyny i  Bariloche, czyli takiego miejscowego „Zakopanego”, ale o Argentynie napiszemy niebawem.

Tymczasem Pozdrawiamy serdecznie ze słonecznej Patagonii…

Opublikowano Ameryka Południowa, Chile, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

71 dni w Nowej Zelandii i pożegnanie Antypodów z łezką w oku…

Po hucznej i udanej zabawie Sylwestrowej z Polonia w Christchurch ruszamy wschodnim wybrzeżem na północ. Dojeżdżamy do niedużej miejscowości Kaikoura gdzie zegnamy się z wodami zachodniego Pacyfiku. Wieczór nad wyjątkowo spokojnym Oceanem pomaga nam nieco w rozmyślaniu nad dalszym ciągiem naszej Podroży oraz w uporządkowaniu wspomnień. Na pożegnanie po raz kolejny możemy poobserwować kilka fok morskich wygrzewających się w słońcu przy plaży. Dodatkowo łamiące się promienie zachodzącego słońca nad największym Oceanem Świata prezentują nam romantyczne zakończenie dnia oraz przygody z Południową Wyspa Nowej Zelandii.

IMG_6127

Zachod slonca od wschodu – zachodzace slonce jest po przeciwnej stronie – nad Oceanem Oceanow czyli Pacyfikiem

To już ostatni wieczór na tej wyspie, na której przeszliśmy wiele ciekawych szlaków, podziwialiśmy niesamowite krajobrazy, egzotyczna roślinność, endemiczne ptaki i zwierzęta. Spędziliśmy tutaj aż 8-siem tygodni i to właśnie ta wyspa jest główną częścią naszej Podroży dookoła Świata. Nie wiemy, kiedy będziemy mieli możliwość odwiedzenia jej ponownie, ponieważ to ta wyspa jest najbardziej oddalonym zakątkiem Świata od Polski. Przewijają się nasze wspaniale wspomnienia, których jest tak wiele. Tak to wyspa jest taka niesamowita, majestatyczna, tak jakby magiczna i to nie tylko, jako miejsce akcji «Władcy Pierścieni», ale i w rzeczywistości. Cieszymy się, ze to tutaj spędzamy najwięcej czasu, bo kto wie, kiedy znowu tu przyjedziemy…

Nazajutrz jedziemy już na sama północ wyspy do Picton. Wsiadamy na prom i zegnamy piękna Wyspę Południowa. Po paru godzinach jesteśmy już w Wellington (stolicy kraju) czyli już na Wyspie Północnej. Nocujemy tuz obok Ambasady… Hobbitonu.

IMG_6167

Odnalezlismy Ambasade Hobbitonu w Wellington – stolicy Nowej Zelandii 🙂

Chociaż Wyspa Północna jest ciekawa to jest jedynie cieniem Wyspy Południowej. Znamy ja już sprzed dwóch miesięcy. Spędziliśmy tu w sumie 15 dni. Potem jedziemy na północ w kierunku odwiedzonego wcześniej Taupo, gdzie nocujemy. Rzut oka na pobliskie jezioro nad ranem i dalej w kierunku Auckland. Po drodze mijamy sam Hobbiton, zatrzymując się tam na chwile…

IMG_6182

Na powitanie w Hobbitonie czekalo na Anie krzeslo Gandalfa 🙂

IMG_6171

W miejscowosci Matamata mieszkaja Hobbici 🙂

Po Hobbitonie dojeżdżamy do Auckland – największego miasta Nowej Zelandii. Tak właściwie to wracamy do Auckland po blisko 70-ciu dniach niezapomnianej podróży dookoła Nowej Zelandii. Tutaj rozpoczęliśmy i tutaj kończymy przygodę w kraju kiwi. Jest ciepło, pełne błękitne niebo i ostre oceaniczne słonce – czuć już początek prawdziwego lata.

A_Auckland_wieza

Marina w Auckland i wieza 🙂

a_IMG_6196

Auckland – The City of Sails

Na szczęście także druga polowa wiosny była bardzo pogodna i udało nam się podziwiać ten kraj w cieple i słońcu. Na cale 70 dni mieliśmy zaledwie 7-8 dni deszczowych. Pozostałe były słoneczne lub bardzo słoneczne, co niestety nie jest gwarantem nawet w samym środku nowozelandzkiego lata…

Na koniec idziemy w Auckland na «Hobbitona» w 3D  i rozpoznajemy kilka miejsc, które odwiedziliśmy oglądając film – to ciekawe doświadczenie, będąc świeżo po podróży po Hobbitonie…

IMG_5337

Key Summit – ogladajcie uwaznie „Hobbita” to poznacie to miejsce 🙂

Teraz spacerujemy sobie po Auckland, „układamy” po kolei wspomnienia z Kiwilandu no i … Czas zakończyć przygodę z Kiwilandem i Australia – spędziliśmy na Antypodach w sumie 4-ry fantastyczne miesiące! Polecamy wszystkim te oba kraje. Zwłaszcza każdemu, kto chce się odstresować od europejskiego zgiełku. Miejscowa ludność jest wyjątkowo «wyluzowana», a oba kraje, chociaż krajobrazowo bardzo różne, są bardzo piękne i bezpieczne, co pozwala na prawdziwy relaks w podróży. Polecamy!

A nam przyszedł czas na uszeregowanie wspomnień i tysięcy zdjęć z Antypodów no i przygotowanie się na kolejna cześć podróży: na Amerykę Południową.

Lecimy już tam niebawem. Nikt z nas jeszcze tam nie był. Zawsze są jakieś obawy i adrenalinka, ale ciekawość Świata jest jednak dużo większa. To dla nas nowy i olbrzymi kontynent. Ania jak zwykle zaczyna od dokładnego studiowania przewodnika. Oby «poszło» jak do tej pory! Trzymajcie kciuki!

Opublikowano Nowa Zelandia, NZ - Wyspa Północna, NZ - Wyspa Południowa, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Nadszedł już pożegnania czas…. czyli ostatnie chwile w górach nad jeziorem Tekapo

Uten navn

Panorama jeziora Tekapo ze szczytu Mt John

Po ponad 2 miesiącach w Nowej Zelandii powoli żegnamy się z ta piękna wyspa południową. Właściwie to ta wyspa południowa urzekła nas najbardziej i to na niej spędzamy aż 8 tygodni. Na pożegnanie jedziemy trochę poleniuchować nad jeziorem Tekapo. Na kempingu w końcu nie jesteśmy sami. Zaczął się sezon i Nowozelandczycy powoli ruszają na wakacje. Spędzamy kilka dni w tym magicznym miejscu, wchodzimy na pobliskie szczyty i z góry podziwiamy niesamowite jezioro o wyjątkowym turkusowym kolorze wody.

IMG_5964

Turkusowe jezioro rozlewające sie u podnóży łańcuchów górskich

Wieczorem zaś wpatrujemy się w gwiazdy i księżyc. Wyraźny i niepowtarzalny gwiazdozbiór dodaje uroku temu miejscu odbijając się od tafli jeziora rozlanego u podnóży pobliskich łańcuchów górskich. Srebrzyste chmury podświetlone przez księżyc w pełni nie pozwalają nam zasnąć. Az zaczynamy się bać czy aby nie będziemy lunatykować w nocy :). W końcu zasypiamy a Grzesiu ma niesamowite sny o lataniu…

Jednym z najbardziej odwiedzanych miejsc nad jeziorem Tekapo jest przepiękny, chociaż prosty, skromny i niewielki kościołek «Dobrego Pasterza», który wspaniale komponuje się z krajobrazem.

IMG_5990

kosciół „Dobrego Pasterza” nad jez. Tekapo

Zbudowali go sami pasterze, którzy przeganiali owce przez góry. Kolejny raz przekonujemy się ze nieraz prostota i skromność bardziej oddaje sens życia niż przepych i bogactwo. Szczególnie dla nas pogoń za rzeczami materialnymi wydaje się teraz bezcelowa, im mniej mamy w plecaku tym lżej i wygodniej nam się podróżuje…

Po trzech dniach w tej bajkowej scenerii musimy się powoli zbierać. Dostaliśmy zaproszenie na Sylwestra z Polonia w Christchurch. Jesteśmy bardzo ciekawi jak żyje się rodakom na Antypodach. Odwiedzamy znajomych i poznajemy samo miasto, które zostało niestety niedawno poważnie dotknięte trzęsieniem Ziemi. W 2010r. zginęło przez nie ponad 100 osób i wiele budynków zostało zawalonych. Wygląda na to ze odbudowa miasta może potrwać jeszcze przez dobre kilka lat…

IMG_6035

Katedra katolicka w Christchurch

Pomimo tych smutnych obrazków zniszczeń Polonia w Christchurch ma się dobrze i chwali sobie życie na samym Krancu Świata. Dowiadujemy się wielu ciekawostek w czasie przyjemnego pobytu u znajomych.

Zabawa Sylwestrowa okazuje się bardzo udana. Bawimy się słuchając wielu starych polskich przebojów. Poznajemy także Polaków, którzy od wielu lat tutaj mieszkają i słyszymy wiele niesamowitych historii o życiu i emigracji w Nowej Zelandii…

IMG_6050

Zabawa na Nowy Rok 2013, witamy go jako pierwsi na świecie 

Dziękujemy wszystkim za wspaniała zabawę i życzymy wszystkim Wszystkiego Najlepszego w Nowym 2013 roku!

Opublikowano Nowa Zelandia, NZ - Wyspa Południowa, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Święta pod Mt Cook’iem i trochę o… niedocenianych Polakach

IMG_5842

Okres przedświąteczny oraz święta spędzamy w Mount Cook Village. Jest to maleńka miejscowość leząca pod samym Mount Cookiem. Znana jest przede wszystkim, jako raj dla wspinaczy i ludzi gór. Jest tu wiele szlaków o rożnym stopniu trudności, ale prawie z każdego miejsca można podziwiać majestatyczne szczyty najwyższych nowozelandzkich gór. To podobno tutaj Edmund Hilary zdobył swój pierwszy szczyt i zakochał się we wspinaczce. No i trudno się z nim nie zgodzić. Po dwóch dniach spędzonych w górach w pełni podzielamy jego zdanie. Widoki tutaj są przepiękne.

aa_most

Szczególnie spodobał nam się szlak do Mueller hut położonej na wysokości 1800m. Nie była to zbyt łatwa wędrówka, kilkugodzinne strome podejście w dosyć upalnej pogodzie dało nam się we znaki. Ostatnie poł godziny wspinamy się po stronnych i ośnieżonych zboczach.

IMG_5834

Po dotarciu na szczyt odsłoniła się przepiękna panorama wysokich gór i morze lodowców.

IMG_5825

IMG_5742

Do tego pogoda dopisała jak nigdy: ostre słońce, zero wiatru i błękitne niebo pozwalało w spokoju delektować się majestatycznymi widokami. Dzień przed nami wybrali się na ten sam szlak znajomi Polacy mieszkający na stale w Kanadzie i narzekali na silny wiatr. Poradzili nam także wziąć cieple i wodoodporne rzeczy. Wzięliśmy wiec nawet rękawiczki i chodziliśmy po szczycie w krótkich spodenkach :). Ale jak wiadomo w górach zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze.

IMG_5814

My na tle Mt Cook (3754 m n.p.m.)

Święta postanawiamy spędzić w tradycyjny polski sposob.W Queenstown robimy ogromne zakupy, będzie barszcz, kopytka, pierogi, ciasto i tradycyjna ryba na Wigilie. Wszystkie potrawy się udały i smakowały prawie tak dobrze jak w Polsce. Brakowało nam tylko obecności rodziny na Wigilii. No i pogoda była zupełnie inna, ale to akurat nam nie przeszkadzało. Po Norwegii nie tęsknimy jakoś za prawdziwa zimą.

Wigilja

Widząc jak wielka sympatia i szacunkiem cieszy się postać Edmunda Hilarego, pierwszego na świecie zdobywcy Everestu, postanawiamy napisać cos o naszych polskich sukcesach.

IMG_5885

Edmund Hilary patrzy w kierunku Mount Cooka

Nie wiemy czemu ale często w Polsce ogromne i trudne osiągniecia są niedoceniane. Wielu ludzi nie wie ze pierwsze zimowe zdobycie Everestu należy do Polaków: Leszka Cichego i Krzysztofa Wielickiego. Za to każdy wie o Edmundzie Hilarym przynajmniej w Nowej Zelandii. Jego podobizna znajduje się nawet na pięciodolarowych banknotach.

Podobnie jest w sporcie, często wielokrotni mistrzowie świata są nieznani. A Polska może się pochwalić np. Karolem Jabłońskim, 7-mio krotnym mistrzem świata w bojerach czy Ewą Pawlikowską, najbardziej utytułowaną zawodniczką Karate na świecie.

Powinniśmy pielęgnować pamięć o osiągnieciach naszych rodaków, bo inaczej inne narody przypiszą sobie nasze zasługi. Np większość Francuzów uważa ze Maria Skłodowska-Curie była «Francuzka», wszak nazywała się Maria Curie – jest nawet stypendium jej imienia (Marii Curie). A napotkany Szwed był przekonany ze Chopin też «był Francuzem».

Na końcu wspomnijmy o wybitnym Profesorze Stefanie Bryła, wykładowcy Politechniki Lwowskiej, który wynalazł spawanie i jako pierwszy na świecie zaprojektował most spawany. Niestety został rozstrzelany przez Niemców w czasie II Wojny Światowej.

Podróżując po Świecie widzimy ze Nam Polakom brakuje nie umiejętności, zdolności czy pracowitości. Brakuje nam przede wszystkim wiary w siebie i własne możliwości.  Zadni tam Francuzi, Anglicy czy Włosi nie są wcale od nas lepsi, ale oni wierzą w siebie aż za bardzo. Przez to często to oni łatwiej i szybciej awansują w pracy, lepiej sprzedają własne talenty, a Polacy, choć ambitni i pracowici wykonując ta trudniejsza i cięższa prace, wolniej pną się na szczyt. Często obawa przed niepowodzeniem jest tak silna ze w ogóle nie próbują walki o najwyższe stanowiska. A przecież przegranym jest nie ten, co walczy i przegra, ale ten, co z obawy przed przegrana nawet nie spróbuje.

Opublikowano Nowa Zelandia, NZ - Wyspa Południowa, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | 1 komentarz

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia !

W tym roku święta spędzamy w malej nowozelandzkiej miejscowości o nazwie Mount Cook Village. Mieszka tu tylko około 300 osób latem i 120 zimą :). Było to ulubione miejsce Sir Edmunda Hilarego, który trenował na pobliskich szczytach by zdobyć Mount Everest w 1953 roku.Pogodę mamy trochę nietypową: słoneczko i 28°C. Można wiec chodzić w letnich sukienkach 🙂 a alpejskie szczyty na tle  bezchmurnego niebieskiego  nieba tworzą krajobraz, w który można się wpatrywać godzinami.

aa_IMG_5681

Życzymy Wszystkim Zdrowych i Wesołych Świat Bożego Narodzenia oraz spełnienia najskrytszych marzeń zwłaszcza tych podróżniczych. 

Ania i Grzesiek

IMG_5812

Nauczylismy sie tez nowe zwrotki koledy”Jingle Bells”. Najbardziej podoba nam sie fragment:  Jingle Bells sunset on Mount Cook What a sight it is to see, come and take a look.

jingle_bells

Opublikowano Nowa Zelandia, NZ - Wyspa Południowa, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Greenstone track i niedoceniony szlak przy Queenstown, czyli kolejne górskie wędrówki…

owceW Nowej Zelandii oprócz 9-ciu słynnych «Great Walk’ow» istnieją także setki mniej «znanych», ale również pięknych szlaków górskich. Na szczęście nie obowiązują na nich już dziwaczne zasady bookowania, które obowiązują na Great Walk’ach. Wystarczy wykupić bilecik za 15 NZD (ok. 40 PLN) by moc przenocować w chatce na szlaku. Oprócz tego ze trzeba nosić ze sobą palnik z butla gazowa to standard jest całkiem dobry jak na ta cenne. Jest znacznie mniej turystów i można dzięki temu znacznie lepiej «chłonąć» piękną, dziewicza przyrodę i wsłuchując się jedynie w odgłosy natury podziwiać piękne krajobrazy tego wspaniałego kraju…

Po opuszczeniu Milford Sound, aby przejść taki mniej znany szlak wybieramy się na:

Greenstone track

Zaczynamy z miejscowości Divide by po godzinie dotrzeć do Key Summit, z którego już możemy podziwiać piękne panoramy wokół nas.

IMG_5345

Później nasza czterodniowa wędrówka z plecakiem wiedzie przez ok. 70 km głównie piękną i rozległa dolina, z której podziwiamy panoramy łańcuchów górskich. Nocujemy w tych tańszych chatkach i poznajemy także kilku takich turystow-zapalencow, którzy podobnie jak my wola w ciszy skupić się na poznawaniu gór Nowej Zelandii.

IMG_5428

Pogoda jest bardzo dobra. Jest naprawdę ciepło, słoneczko mocno świeci a dni w grudniu są tutaj już bardzo długie. Słonce wstaje ok. 7.00 by zajść ok. 22.00, czyli podobnie w Polsce w czerwcu. Czuć w końcu prawdziwe lato, a przy dobrej pogodzie temperatura waha się pomiędzy 22 a 28C w cieniu.

IMG_5404

IMG_5357

Chociaż mamy w planach pójście na kolejny szlak wysoko w góry to po tych 4-ech dniach wędrówki pogoda krzyżuje nam plany. Nachodzą na góry gęste chmury i mgły, mocne pada, wieje. Nie jednak nie ma sensu iść dalej. Wg prognozy ma być cale trzy dni deszczu i wiatru. Mgła nie pozwoli nam zobaczyć zbyt wiele. Mieliśmy nocować w namiotach na grani. To byłaby przesada. Szkoda, ale, po co się nie potrzebie rozchorować. Przed nami jeszcze cale 4-ry miesiące podroży i jeszcze wiele zobaczymy…

IMG_5377

Wracamy wiec do miasteczka Te Anau. Na campingu spędzamy 3 dni regenerując siły na dalsze wędrówki. Pogoda w Te Anau jest dużo lepsza niż w górach, w których jak się dowiadujemy leje niemal bez przerwy. Dobrze czasem «dać sobie luzu»…

Jedziemy do Queenstown

Udaje się nam zrobić bardzo ciekawy i mało popularny jednodniowy szlak. Pogoda super, krajobrazy przepiękne i przez cały dzień spotykamy jedynie dwóch turystów. Tak głównie mijamy pastwiska wędrując cieniutka, choć dobrze oznakowana ścieżynka.

IMG_5559

Ten szlak jest niemal tak piękny jak tamten z «Great Walk». Odkryliśmy po raz kolejny, ze często warto mieć własną inicjatywę. Trzeba przestudiować dobrze mapy, popytać dokładnie w biurach DOC (Department of Conservation) by moc odkryć mało znany, lecz malowniczy szlak.

IMG_5520

IMG_5539

Przechodzimy z Arthur Point przez Ben Lomond Seddule aż do Quennstown w ciągu 7-miu godzin i jest to jeden z naszych ciekawszych dni. No i obyło się prawie bez kosztów z wyjątkiem krótkiej podwózki za kilka dolarów…

Opublikowano Nowa Zelandia, NZ - Wyspa Południowa, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jesteśmy w Milford Sound czyli opowieść o tym jak nowozelandzkie fiordy „nam z ręki jadły:)”

IMG_5299

Dokarmianie fiordow nie jest zabronione 🙂 czestujemy je biala czekolada

Po dwu dniowym odpoczynku w Te Anau, postanawiamy ze nie ma dłużej, co czekać. Czas zobaczyć osławione nowozelandzkie fiordy. O pięknie tego rejony słyszeliśmy już na długo przed przyjazdem do Nowej Zelandii. Jednak, jako inżynierowie i tzw. umysły ścisłe musimy się o tym przekonać osobiście.

Według planu mamy ruszyć następnego dnia jednak fiordy robią nam niespodziankę. Droga do nich jest czasowo zamknięta z powodu obsuwających się skał. Przeszukując Internet odkrywamy ze zamykanie drogi na Milford to nic nadzwyczajnego. Po prostu geologowie zamykają ja na kilka dni, co jakiś czas żeby sprawdzić czy przejazd jest bezpieczny. Czasem zdąża się ze obsuwające skały zablokują ja na dłużej, a nawet trzeba wytyczać nowa drogę. Jednak od kilkudziesięciu lat nie było z tego powodu żadnych wypadków, dzięki dobremu systemowi monitorowania udaje się kontrolować naturę:).

IMG_5017

Czasem obsuwajace sie skaly blokuja droge na Milford Sound

Pełni niepewności czy pojedziemy czy nie idziemy na autobus. Okazuje się ze jednak ze droga została otwarta. Korzystamy wiec z okazji i jedziemy.

Droga okazuje się bardzo urokliwa, co chwile zatrzymujemy się, aby zrobić zdjęcia. Podobno jest to jedna z 10 najpiękniejszych dróg na świecie, ale trochę nie ufamy takim rankingom. Wiele jest nieodkrytych i przepięknych miejsc na świecie, o których nikt nie wie, wiec jak dla nas uszeregowywanie pewnych miejsc, jako „top ten experience” jest trochę na wyrost. Wszędzie na świecie jest pięknie, każdy kraj jest inny i wszędzie można przeżyć niezapomniane przygody. Nowozelandczycy, co zauważyliśmy po miesiącu w kraju kiwi lubią się chwalić na wyrost, w przeciwieństwie do Norwegów. Zachwalając Nowa Zelandie mowa tylko o dobrych stronach a zapominają o tej drugiej stronie. Nikt nam np. nie mówił o gryzących chmarach meszek, przenikliwym zimnym wietrze, szybko zmieniającej się pogodzie, i o kosmicznych cenach za turystyczne atrakcje takie jak rejs statkiem, pływanie kajakiem czy nawet podwiezienie autobusem na trek.

Widoki robią się jednak coraz ładniejsze i ładniejsze… To jednak przepiękny kraj i warto tu przyjechać.

IMG_5316

Widoki z drogi

Przejeżdżamy przez tunel i dojeżdżamy do Milford Sound. Miejscowości położonej wśród fiordów. Wyruszamy na rejs statkiem wycieczkowym po najsłynniejszym nowozelandzkim fiordzie. W czasie rejsu podziwiamy strzeliste szczyty z najbardziej obfotografowanym Mintre peak.

IMG_5213
Mintre Peak i jego odbicie

IMG_5144

Kaskady wodospadow na fiordach

IMG_5077

Jedno z najpozniej odkrytych miejsc na swiecie okolo 140 lat temu

Po drodze przepływamy tez obok stada fok, które na kamieniach zrobiły sobie popołudniowy odpoczynek.

IMG_5129

Foki wygrzewajace sie na sloncu

Rejs statkiem nam jednak nie wystarczył zostajemy wiec kilka dni w Milfor Sound żeby nacieszyć się tym miejscem w ciszy i spokoju. Jest tutaj tylko jeden hostel z bardzo małym polem namiotowym i kilka hoteli. Po godzinie 17-stej większa cześć turystów wraca autobusami do Queenstown czy Te Anau. Cichną warkoty samolotów i helikopterów, które od rana zabierają rzecze turystów na sceniczne loty. Promy spływają do przystani i można w spokoju rozkoszować się widokami. Spacerujemy brzegiem fiordów, podziwiamy kaskady wodospadów, wsłuchujemy się w odgłosy natury i rozmyślamy.

IMG_5087

Magia wodospadow

Nie ma tutaj zasięgu telefonów komórkowych ani telewizji. Nic wiec nas nie rozprasza, w spokoju można cieszyć się każda chwila. Czasem takie zatrzymanie w jednym miejscu jest potrzebne. Pędząc przed siebie i zaliczając tylko atrakcje turystyczne można wielu rzeczy nie zauważyć. Gdzieś w trasie przeczytaliśmy te zdanie i w pełni się z nim zgadzamy: „Travelers they do not know were they are going the turist they do not know where they have been.”

IMG_5304

IMG_5292

Fiordy o wschodzie i zachodzie slonca

Opublikowano Nowa Zelandia, NZ - Wyspa Południowa, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz