Pingwiny, foki, lew morski i Keplers track – jeden z kilku Great Walk’ow

IMG_4980

Keplers track 

Wyjeżdżamy z Queenstown na sam południowy kraniec Nowej Zelandii i dojeżdżamy do

Dunedin – najbardziej «studenckiego» miasta tego kraju i dawnej stolicy

To chyba najbardziej oddalone miasto od Polski. Znajduje się na płd.-wsch. krańcu wyspy południowej. Położone jest na wielu stronych wzgórzach i to tutaj znajduje się…

Droga o największym nachyleniu na Świecie – wpisana do księgi rekordów Guinness’a

Wbiegamy po niej pod górę, chociaż rzeczywiście jest bardzo stromo a droga dosyć długa i pod koniec «trochę nas zatyka» no i ostatnie kilkadziesiąt metrów lapie mocna zadyszka i dobrze znane uczucie – «nóg z waty»… ale jakoś dobiegamy do «szczytu»…


a_IMG_4564

Najbardziej stroma ulica na swiecie w Dunedin

Na koniec dostajemy nawet certyfikaty wejścia hihi.

Poza tym w Dunedin spędzamy tylko jedno popołudnie, wieczór i noc. Zwiedzamy pobieżnie centrum miasta. Oprócz tego pogoda jest średnia, mało słońca, chociaż nie pada. Potrzebujemy czegoś «dla odmiany» i po raz pierwszy od kilku miesięcy podroży idziemy do kina na film – na cos lekkiego, wybieramy «Nowego Bonda»…

Po Dunedin jedziemy w kierunku Ivercargill i po drodze czeka nas prawdziwe nowozelandzkie safari. Kierowca zawozi nas do kilku miejsc przy południowym wybrzeżu gdzie znajdujemy i oglądamy żyjące sobie swobodnie…

Żółtookie pingwiny – bardzo rzadki gatunek

Pingwinek

Zoltooki pingwin wracajacy z kapieli

Parę fok, no i ogromnego lwa morskiego

a_IMG_4653

Lew morski na plazy

Po tych emocjach dojeżdżamy na nockę do Ivercargill. Miasto „bez szaleństw” jednak jest tutaj baza promowa by dopłynąć do trzeciej nowozelandzkiej wyspy – Stewart Island, do której się jednak nie wybieramy. Prom jest b. drogi, pogoda bywa tam kapryśna, no i atrakcji niewiele. Jedynie łowienie ryb, nurkowanie i jakieś krótkie przechadzki. To niewiele by dodatkowo wydać po kilkaset dolarów na 2-3 dniowy pobyt…

W Ivercargill kupujemy żywność na kilka dni no i udaje się nam…

Zabookowac Keplers track czyli jeden z 9-ciu najsłynniejszych Great Walk’ow.

IMG_4896

Widoki ze szlaku

Dla «niewtajemniczonych» w bookowanie nowozelandzkich szlaków wyjaśniamy, ze nie jest to takie proste. Jeżeli chcesz przejść przez kilkudniowy Great Walk to musisz mieć zarezerwowane wszystkie noclegi w chatkach lub na polach kempingowych. Bez tego nie ma się prawa wstępu na szlak. Rezerwować noclegi można przez internet lub w DOC (Department of Conservation) office. Niestety często są one bookowane na wiele tygodni naprzód i jeśli chcemy iść spontanicznie tak z dnia na dzień często noclegi są pozajmowane. Jest to trochę dziwny system, biorąc pod uwagę zmienna pogodę w górach. Jeśli mamy rezerwować z wielkim wyprzedzeniem to nie mamy pewności czy np. nie będzie lalo wtedy przez kilka dni, a cala malownicza sceneria nie będzie pokryta mgła. Noclegi w chatkach są bardzo drogie. Szkoda również jest zapłacić i nie pójść. Cóż dziwny system, ale na szlakach Nowej Zelandii rząd „położył lapę”, a jak powszechnie wiadomo jak oficjele się czymś zajmą to najlepiej to nie „wychodzi”, pisząc oględnie – jak widząc i to nie tylko w Polsce, ale i tutaj „na końcu Świata”

Pomimo tych trudności związanych z rezerwacja chatek na Great Walk’ach udaje się nam „załapać”. Hurra! Na stronie pozostały ostatnie 4-ry wolne miejsca w „obowiązkowej” chatce tzn. takiej, przy której nie ma możliwości rozbicia namiotu a nocleg jest niezbędny, żeby przejść 60 kilometrowy track po górach. Keplers Track przewidziany jest na 3-4 dni marszu. Planujemy wiec go ambitnie na 3 dni, wiec rezerwujemy jeszcze drugi nocleg w namiocie na 40-tym km no i możemy ruszyć w góry!

Startujemy z miejscowości Te Anau. Pozostawiamy zbędne rzeczy na track tj. komputer, lekkie buty, dodatkowe ubrania w zamykanym schowku na początku szlaku.

Bierzemy tylko to, co konieczne na następne 3 dni, czyli to, co na sobie oraz śpiwory, maty, namiot, jedzenie, butle gazowa z palnikiem, kurtki i spodnie przeciwdeszczowe, jedna zmianę ubrania, itp. pakujemy to oczywiście do plecaków i ruszamy na jeden z najpiękniejszych szlaków Nowej Zelandii!

Pierwszy dzień to przede wszystkim przejście przez cos w rodzaju miejscowego lasu tropikalnego, w którym dominują drzewa paprociowe – roślinność, która była kiedyś także w Europie, ale została zniszczona w czasie epoki lodowcowej. Ponadto widzimy liczne ostrzeżenia, ze las zamieszkują także legendarne ptaki kiwi. W związku z tym panuje całkowity zakaz wprowadzania psów, które stanowią wielkie zagrożenie dla tego rzadkiego zwierzęcia. Przez pierwsze godziny szlak „idzie” przy jeziorze, wiec raczej po płaskim by później zamienić się w dosyć strome podejście.

IMG_4763Krajobraz troche rozny od naszych beskidow

Taka wędrówka z plecakiem pod górę to jest to, co lubimy najbardziej – to takie nasze „masochistyczne” hobby, które uprawiamy już od najmłodszych lat. Ciężki wielogodzinny wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu w górach to bardzo dobry trening, pozwalający na rozruszanie często zastałych mięśni i kości. To także idealny relaks dla umysłu, który dobrze dotleniony przestaje martwic się tym, co było oraz tym, co będzie, ale skupia się na wykonywaniu teraźniejszych prostych czynności typu „lewa, prawa, lewa…” Polecamy!

Po 5-ciu godzinach docieramy do granicy lasu – wysokości, z której motamy podziwiać pierwsze majestatyczne widoki. Po następnej godzinie docieramy to Luxmore hut – czyli do tej „obowiązkowej” chatki.

Ta chatka-schronisko to taki trochę standard jak na polskie warunki albo nawet trochę poniżej. Tylko spanie na zarezerwowanych miejscach we własnych śpiworach. W kuchni są  jedynie kuchnie gazowe bez żadnego wyposażenia: brak garnków, talerzy, a nawet zapałek itp. Jesteśmy na to oczywiście przygotowani tylko trochę czujemy ze zostaliśmy zmuszeni, żeby przepłacić za taki „standard” – noc kosztowała 54 NZD – (ok. 130 PLN) od osoby. Poza tym 20-30 proc. miejsc jest wolnych, chociaż zostały opłacone, ponieważ z różnych powodów turyści nie dotarli no i nie mogli dostać refund za anulowanie noclegu. W ten sposób wielu innych, którzy chcieliby nie poszli na track, ponieważ wszystkie miejsca „były zajęte”. Oj, czego ci politykierzy – zupełnie oderwani do rzeczywistości – nie wymyśla. Niech lepiej już nic nie robią…

IMG_4787

Nasza najdrozsza chatka w Nowej Zelandii

Następnego dnia trasa wiedzie wzdłuż grani zanurzonych w majestatycznych górach. Widoki są przepięknie bajkowe tak, jakie znamy z Władcy Pierścieni itp. Strome zbocza górskie wbijają się w błękitne niebo, które gdzieniegdzie przykrywają chmurki. Granatowe jezioro oblewa podnóże gór w dolinach, robiąc wrażenie a’la fiordu jednak fiordem nie będąc. Tak to najpiękniejszy odcinek trasy. Pogoda nam sprzyja. Świeci słonce i nie pada,  no i widoczność jest dobra. Chociaż wieje wiatr to nie jest na tyle mocny by wyziębiał (czy nawet przewracał) tak jak często ma to miejsce w górach Nowej Zelandii, położonej na rozległych wodach Pacyfiku…

IMG_4888

Na grani Keplers tracku

Zdobywamy szczyt Luxmore.  Następnie idąc szlakiem wśród „morza gór” na grani mijamy jeszcze dwa schronienia (zbudowanych w razie załamania pogody) zatrzymując się na krótkie przystanki by spożyć przygotowane wcześniej, no i zwłaszcza na tej wysokości i w tej scenerii przepyszne kanapki razem z czekolada i sokiem z kiwi…

IMG_4938

Trafil nam sie ladny dzien w gorach

Pod koniec dnia schodzimy by powrócić na wysokość lasu. Tam spędzamy drugi nocleg – tym razem pod namiotem przy chatce. Czujemy ze przeszliśmy najpiękniejszy odcinek. Po spożyciu sytej obiado-kolacji, czyli gotowany na kuchence ryz z warzywami oraz z baranina spacerujemy po okolicy, oglądamy ciekawy wodospad, rozbijamy namiot i rozmarzeni w tym, co widzieliśmy zasypiamy..

IMG_4966

Zaczynamy schodzic w doline gesto porosnieta lasem tropikalnym. Zegnajcie piekne widoki

Nazajutrz trasa szlaku wiedzie dolina przez las tropikalny. Co jakiś czas przechodzimy prze polany, z których możemy podziwiać panoramy gór z niższej perspektywy. Trasa już nie jest aż tak fascynująca jak poprzedniego dnia, ale również warta do przejścia. 23 km’ertowy odcinek pokonujemy dosyć szybkim krokiem w ciągu niecałych 5-ciu godzin by dojść do końca szlaku i zamknąć wielka pętle jednego z najpiękniejszych Great Walk’ow.

Pomimo trudności i niedostępności administracyjnych Wielkich Szlaków Nowej Zelandii udało nam się przejść cały Keplers Track. Kończymy tam gdzie zaczynaliśmy, czyli w Te Anau gdzie campingujemy przez następne 2 dni. Regenerujemy obtarte stopy, zmęczone nogi i pozostałe mięsnie by moc dalej ruszyć pozdobywać kolejne bajkowe góry i przejść następne ciekawe szlaki…

 

Opublikowano Nowa Zelandia, NZ - Wyspa Południowa, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wiosna w krainie lodowców, magicznych jezior i alpejskich szczytów

Pełni wrażeń po dniu spędzonym na wędrówce po górach obiecujemy sobie kolejny raz ze wreszcie napiszemy relacje… Siedzimy właśnie w chatce górskiej z przepięknym widokiem na jezioro Wanaka otoczonym górami, obserwujemy zachód słońca i zabieramy się po raz kolejny za pisanie. Nowa Zelandia zauroczyła nas od momentu, kiedy wjechaliśmy w serce alpejskich gór. Do tej pory podobało nam się, ale daleko nam było do zauroczenia.  To tutaj tez nad tym jeziorem spotkaliśmy po 4 tygodniach podroży pierwszych Polaków w Nowej Zelandii.

W drodze nad jezioro Wanaka 

Nowi znajomymi podwożą nas do Mount Aspiring (3035m) National Park. Przez ostatnie 33 km droga jest szutrowa, a samochód bez napędu na 4 kola z trudem przejeżdża w bród przez strumienie. Największa jednak trudność sprawiło nam przejechanie przez stado krów, które za nic nie chciały ustąpić drogi :), w przeciwieństwie do owiec, których jest tu tysiące. Grzesiu podziwiając dziewicza dolinę, zielone laki, na których pasło się mnóstwo owiec z rozmarzeniem powiedział: ile tu chodzi dobrych obiadków :). Dzięki nieskażonemu środowisku baranina w Nowej Zelandii jest tak dobra ze nie potrzebujemy do przyrządzenia żadnych przypraw, nawet bez soli i pieprzu smakuje wyśmienicie.

Dojeżdżamy do celu i idziemy razem na kilkugodzinną wędrówkę otoczeni majestatycznymi górami i lodowcami. Lodowce w tej dolinie robią na nas znacznie większe wrażenie niż rozreklamowane lodowce: Franz Josef i Fox, które widzieliśmy kilka dni wcześniej.

Dolina przy Mount Aspiring National Park

Mount Aspiring jest dość trudnym parkiem i wiele szlaków wymaga przygotowania alpinistycznego. Dzięki temu jest tu niewielu turystów. Niezdobyte szczyty pokryte grubą warstwą śniegu na tle niebieskiego nieba wyglądają tak pięknie, ze zatrzymujemy się na dłuższą chwile i podziwiamy w milczeniu. Warto było tu przyjechać…

Mount Avalanche, nasza przerwa na lunch

Następnego dnia ambitnie idziemy na kolejna wycieczkę.

Tym razem wspinamy się z Wanaki (270m) na Roys Peak (1578m).

Dosyć strome podejście 1300 metrów zajmuje nam ok. 3 godz. Pogoda jest bardzo dobra a widoki zapierają dech w piersiach. Każda wysokość odsłania nowe horyzonty i różnorakie panoramy gór. Jezioro Wanaka u podnóży gór, przypomina nam trochę norweskie fiordy. Krajobrazy są jednak jeszcze piękniejsze od norweskich. Z jednej strony widzimy góry, które przypominają nam Karpaty ukraińskie, z drugiej podziwiamy Alpy, a z trzeciej fiordy wśród lasów tropikalnych. Znaczna część szlaku wiedzie przez klimatyczne zielone pastwiska z wielkimi stadami owiec. Nie mamy już wątpliwości ze jesteśmy w Nowej Zelandii. Tak właśnie wyobrażaliśmy sobie ten tajemniczy i odległy kraj mlekiem i miodem płynący.

Malownicze krajobrazy w drodze na szczyt

Widok ze szczytu, Roy’s Peak

Na koniec zamieszczamy trochę zdjęć z lodowców: Franz Josef i Foxa, które odwiedziliśmy przed Wanaka kilka dni wcześniej. Maja one swój urok, ale eksploatowane do granic możliwości przez biznes turystyczny zatraciły trochę swój dziewiczy charakter. Są to jednak jedyne lodowce na świecie gdzie jęzor lodowca styka się z lasem tropikalnym. Sęk w tym ze nie są to zbyt duże lodowce w porównaniu do tych, co widzieliśmy chociażby na Islandii, wiec nie zachwycają swym ogromem. A i w Norwegii to mamy wystarczająco dużo śniegu. Czasami lecąc zwykłym samolotem w środku zimy obserwujemy liczne lodowce i morze śniegu :).

Franz Josef Glacier

Widok na dwa najwyzsze szczyty Nowozelandzkich Alp : od lewej Mt Tasman, od prawej Mt Cook 

O dalszych przygodach w krainie śnieżnych Alp i magicznych fiordów napiszemy już wkrótce

Pozdrawiamy z Ben Lomond (1748m), z Nowej Zelandii, w języku Maorysów krainy długich białych chmur.

My na Ben Lomond Peak (1748m)

Niezapomniane widoki ze szczytu, wycinek z panoramy 360 stopni 

Opublikowano Nowa Zelandia, NZ - Wyspa Południowa, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | 2 Komentarze

Wyspa Południowa Nowej Zelandii – zaczynamy od Abel Tasman National Park

Malownicza zatoczka niedaleko „Pancake Rocks”

Pierwsze wrażenie o wyspie nie okazało się mylne. Wyspa południowa zachwyciła nas tak bardzo ze dostaliśmy amoku zdjęciowego. Od dzisiaj wyznaczamy sobie limit 100 zdjęć dziennie i postaramy się go nie przekroczyć. Raz przekroczyliśmy go wcześniej aż 3-krotnie (310 zdjęć to nasz rekord). Wiemy ze będzie ciężko, bo przed nami najpiękniejszą cześć wyspy południowej, alpejskie góry i fiordy.

Jest tutaj tak pięknie i bajkowo, że czujemy się jak na innej planecie, ciężko jest nam uwierzyć ze to, co widzimy nie jest jakimś cudownym snem, który zaraz się skończy. Ogrom wrażeń sprawia ze nie jesteśmy w stanie wszystkiego zapamiętać. Jednego dnia widzimy ocean, piękne góry, lasy tropikalne, foki, pingwiny.. Aż nie wiadomo, od czego zaczynać relacje, bo to, co widzieliśmy przed godzina zaciera się z powodu nowych wrażeń.

Drzewa Paprociowe w Paparoa National Park

Pierwsze kroki na wyspie południowej kierujemy do Abel Tasman National Park. To tutaj Holendrzy, czyli kapitan Tasman z załogą postawili swoje stopy, jako pierwsi Europejczycy w 1642r. Nadali wtedy nazwę tego nowoodkrytego lądu, jako: „Nieuw Zeeland” albo „New Sealand”. Niestety Maorysi przegonili ich stad i dopiero po 127 latach kapitan Cook przybył na Nowa Zelandie by stała się później kolonia brytyjska. Chcemy tu przejść jeden z 9-ciu najpiękniejszych trekow w Nowej Zelandii tzw. Great Walk. Pogoda nam dopisuje, niebieskie bezchmurne niebo kontrastuje z oceanem. Abel Tasman Park to przepiękna 50 km wędrówka wzdłuż plaż i lasów tropikalnych. Dla nas to dobry trening na początek przed wysokimi górami.

Wyruszamy wcześnie z rana i robimy szybkim krokiem 20 km, tzn. większą bardziej sceniczna cześć szlaku. Jest przepięknie, turkusowe morze, złote plaże, wodospady… W sezonie to jeden z najbardziej zatłoczonych szlaków w Nowej Zelandii. My korzystamy z tego ze jesteśmy przed sezonem, spotykamy tylko niewielu turystów i w spokoju rozkoszujemy się widokami.

Abel Tasman National Park

Na kempingu okazuje się ze spanie w namiocie kosztuje tyle samo, co w dwu osobowym domku. Rezygnujemy wiec z kempingu i zamieniamy nasz przytulny, ale jednak trochę ciasny namiot na nasze nowe m1 z widokiem na ocean :).  Jest ciepło, wygodnie i czujemy się prawie jak w domu. Już zapomnieliśmy jak to jest mieć własny kat.

Nazajutrz postanawiamy jechać dalej, jest tu tyle do zobaczenia ze nie możemy siedzieć zbyt długo w jednym miejscu, choćby było nie wiem jak pięknie.

W drodze na największy lodowiec w Nowej Zelandii (Franz Josef glacier)  i Alpy zatrzymujemy się w kilku bardzo klimatycznych miejscach. Hostele w Kiwilandzie są o wiele lepsze niż w Australii i prawie każdy ma swój specyficzny klimat. Jeden z hosteli, w którym spaliśmy mieścił się w 150 letniej willi otoczonej ogrodem. Po smakowitym obiedzie odpoczywamy w salonie z kominkiem i czujemy się trochę jakbyśmy byli w innej bajce albo wpadli na herbatkę do Królowej Anglii. Następny hostel położony jest tak blisko oceanu ze mamy wspanialy widok przez okno. Zatrzymujemy się w tym klimatycznym miejscu na kilka dni, gdyż znajduje się tutaj przepiękny park narodowy: Paparoa National Park. Robimy kilka wycieczek po parku wśród strumieni, przepięknych skalnych kanionów i ogromnym paprociowym lasem tropikalnym. Tak wielu drzew paprociowych nie widzieliśmy nigdzie indziej. Nie jest to tez zbyt turystyczny szlak i w parku jesteśmy praktycznie sami, fajnie czasami odkryć, cos, co nie znajduje się na każdym folderze turystycznym.

Wedrowka przez nowozelandzka glusze

Pancake Rocks w czasie przyplywu

Celowo tez zatrzymaliśmy się na chwile, bo pogoda na lodowcu i w górach nie zachęca do odwiedzin. Na szczęście ma padać tam już tylko przez kilka dni, wiec już niedługo ruszamy w Alpy :). Czekając na poprawę pogody w górach rozkoszujemy się nieziemskimi zachodami słońca nad brzegiem oceanu. Wcale nie przeszkadza nam ze nie ma tutaj zasięgu ani telewizji.  Podróżując doceniamy i cieszymy się z prostych rzeczy takich jak dobre śniadanie, pogodny dzień czy rozmowa z ciekawym człowiekiem. „The sun only shines for those who notice it”

Opublikowano Nowa Zelandia, NZ - Wyspa Południowa, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pierwsze tygodnie w Hobbitonie – to już III cześć Naszej Podróży

Pod koniec października 2012r. kończymy nasza wspaniałą 54-ro dniowa przygodę z Australia i lądujemy w Nowej Zelandii!

Oj będziemy tęsknic za Australia, aż żal wyjeżdżać. Pocieszamy się jednak ze na pewno tu wrócimy na krócej lub dłużej. Odwiedzimy wtedy te zakątki, które musieliśmy ominąć ze względu na brak czasu :). Jednak Nowa Zelandia kusi nas tak bardzo ze nie mogliśmy się już doczekać.

Hurra! Spełnia się nasze kolejne marzenie! Warto, wiec było je mieć i stopniowo, zamieniać to marzenie w realny cel, który w pragmatyczny sposób, chociaż powolutku, ale systematycznie kroczek po kroczku udaje się realizować…

Nowa Zelandia kusiła nas od wielu lat, a nawet jak właśnie napisaliśmy marzyliśmy o niej. Ten tajemniczy kraj jest najbardziej oddalonym od Europy. Już dalej od Polski się nie da – pomijając jedynie pewne nieliczne wyspy na Pacyfiku. Różnica czasu pomiędzy Polska a Kiwilandem wynosi cale 12 godzin. Od teraz po opuszczeniu tego odległego kraju – które planujemy na początek stycznia 2013r. – będziemy się już tylko zbliżać do domu. Niezależnie od tego, w która stronę będziemy się przemieszczać…

Pierwsze przygody w Kiwilandzie

O końcówce naszej Australii (Sydney, Canberra) i podsumowanie opublikujemy niebawem. Tymczasem dzieje się tak dużo, ze trudno nadazyć z pisaniem relacji. Piszemy, wiec już o Nowej Zelandii, a resztę niedługo uzupełnimy.

Tymczasem lot z Sydney do Auckland trwa ok. 3 godz. i spokojnie lądujemy na płycie lotniska. Przy odprawie paszportowej jest dokładna kontrola bagażu, przed która należy skrupulatnie opróżnić plecaki z jakiejkolwiek żywności. Okazuje się, ze nawet za niewielki kawałeczek jabłka czy banana (posiadanego nawet przez nieuwagę) grozi kara 400 NZD (ok. 1000 PLN). Oprócz tego sprawdzają podeszwy od butów trekkingowych czy są wystarczająco czyste by moc postawić w nich stopy na nowozelandzkiej ziemi. Na szczęście nie mamy w zwyczaju nosić zabłoconych butów w plecaku. Poza tym dokładnie skanują bagaż i znajdują nasz namiot.

«Ubu macie namiot! Musimy go doglądnie zbadać i oddać kwarantannie!» Z poważna mina oznajmia celnik…

Jesteśmy trochę przerażeni czy czasami nie skonfiskują nam namiotu na jakiś czas, no i może jeszcze ukaraja (?) Odkrywają ze śledzie maja troszeczkę australijskiego gruntu na sobie, no i te fartuchy namiotu nie są sterylnie czyste, co „może poważnie zaszkodzić lokalnemu ekosystemowi” … Szkoda, ze nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, ale nikt nas o tym nie uprzedził. Chociaż wielu znajomych planuje i bardzo chciałoby przyjechać do Nowej Zelandii to bardzo niewielu tutaj kiedykolwiek już było…

Co teraz? Uff po 15 min. oddają nam namiot, w którym przespaliśmy już wiele nocy i z którym się już «zżyliśmy». Wystarczyło jedynie dokładnie wymycie przez kontrole śledzi i fartuchów. Oddają nam nas sprzęt, żadnej kary nie ma, a my jesteśmy wreszcie całkowicie odprawieni i rozpoczynamy nowa przygodę na nowozelandzkiej ziemi!

Początki w Auckland

Centrum Auckland widziane z perspektywy mariny

Autobus zawozi nas do samego centrum Auckland, w którym czeka na nas pokoik w zarezerwowanym wcześniej schludnym i przyjemnym hoteliku. Mamy nareszcie cały pokój w niezłym hotelu dla siebie i to w cenie… campingu w Australii. Okazuje się, ze na szczęście dla naszego budżetu… Auckland potrafi być tańsze od dosyć drogiej Australii ito nawet o jakieś 20-25%, wiec można pozwolić sobie na trochę więcej swobody budżetowej…

Oprócz tego okazuje się, ze …

Nie działają nam nasze komórki…

Nawet w centrum Auckland ani polska, ani norweska komórka nie „lapie” zasięgu. Hm, no w końcu to Koniec Świata, chyba nie podpisano odpowiednich umów i przy słynnej wieży w Auckland nie ma zasięgu tak jak nie było na australijskich pustyniach. Kupujemy nowozelandzka simce, która oczywiście działa, ale SMS-y do Polski, co prawda dochodzą, ale z jakiegoś dziwnego polskiego numeru… No w końcu to Hobbiton – jesteśmy po drugiej, przeciwnej stronie…

Auckland turystycznie i praktycznie

Spędzamy w Auckland 3 dni na zwiedzaniu i kompletowaniu sprzętu turystycznego. Klimat Nowej Zelandii jest dużo chłodniejszy niż klimat Australii. Na listopad i prawie cały grudzień przypada tutaj druga polowa wiosny, wiec może być dosyć zimno, no i może tez częściej padać. Do tej pory mieliśmy praktycznie ciągle cieple tropiki w porze suchej, a teraz jesteśmy już w strefie klimatu umiarkowanego. Dokupujemy śpiwór puchowy, porządne buty górskie, spodnie przeciwdeszczowe, a później także cieple getry i kalesony (zwane tutaj long Johns), polar i czapkę. Ciężar i objętość bagażu zwiększa się znacznie. Celowo nie braliśmy tych rzeczy z domu, zeby nie paść już na początku podróży pod ciężarem wielkiego plecaka. W tropikach nie ma się jakoś sil na zbędne kilogramy…

W Auckland oglądamy słynna wieże radiowa no i klimatyczny port jachtowy.

Planujemy zobaczyć jak najwięcej z Nowej Zelandii w czasie ponad dwumiesięcznego pobytu.  Kupujemy wiec pass autobusowy na…

Objazd dookoła Nowej Zelandii

Autobus ma zatrzymywać się we wszystkich najciekawszych miejscach mniej lub bardziej turystycznych, a my możemy w każdej chwili z niego wysiąść/wsiąść w dowolnym miejscu na dowolny okres czasu. Jak dla nas brzmi niezłe, wiec rozpoczynamy podróż po Hobbitonie! Nasz początek to objazd wyspy północnej, na, której leży Auckland i pierwszym stopem jest…

Hot Water Beach

Hot Water Beach

Plaż w Australii widzieliśmy dużo, ale tylko tutaj przy plaży można wykopać sobie własna norkę, żeby dokopać się do gorącej wody, w której można się nieco wygrzać albo podgotować, zależy jak głęboko się kopie.

Oprócz tego robimy sobie parogodzinny, niezły trek skalistym brzegiem morza. Pogoda jest super, zero chmurek ciepło i widoczność rewelacyjna. Tak na niezły początek trochę zdjęć…

W drodze do Cathedral Cove

Cathedral Cove

Kolejnym przystankiem jest…

Waitomo

To region ciekawych jaskiń skalnych. Jednak ze względu na olbrzymia cenę i brak specjalnego zainteresowania jaskiniami postanawiamy połazikować sobie po okolicy. Jest piękna pogoda, szkoda nam tracić czas na błąkanie się po ciemnościach. Wolimy cieszyć się widokami i przyroda na powierzchni. No chyba warto było… a jaskinie to i w Polsce ciekawe mamy…

To tutaj jest Hobbiton

Następnie zmierzamy w kierunku…

Rotorua – miasta gejzerów i gorących źródeł

Jeden z wielu gejzerow na Rotorua

To dla nas częściowo pewna powtórka z Islandii, która odwiedziliśmy w 2009r. Warto wiedzieć, ze także tutaj maja sporo gorących źródeł. Ponadto okazuje się, ze Nowa Zelandia jest najmłodszym w sensie geologicznym krajem, bo powstałym jedynie ok. 10 tys. lat temu…

Odwiedzamy także park narodowy pod katem gejzerów, gorących źródeł i kultury Maoryskiej. Pani przewodnik jest Maorysem i oprowadza po parku. Po raz pierwszy w życiu widzimy słynnego ptaka Kiwi! Zdjęć nie możemy mu robić, ale warto go zobaczyć.

Oprócz tego przewodniczka gotuje nam jajka we wrzącym źródle. Pewien młody Brytyjczyk zadaje „inteligentne” pytanie ile stopni ma ta wrząca woda – hihi

Lunch gotowy

Maorysi stanowią około 15 % populacji Nowej Zelandii, czyli około 650.000. Sa potomkami Polinezyjczyków i tak jak oni są bardzo pogodni. Ich idolem jest sposób życia ptaka kiwi, który śpi 20 godzin na dobę a tylko przez 4 jest aktywny. Dlatego tez tak ciężko go spotkać w naturze, no, ale może będziemy mieli szczęście. Domy i świątynię w wioskach Maorysów są przepięknie ozdobione drewnianymi rzeźbami bogów. W centrum wioski znajdujemy przepiękny kościółek, gdzie lokalna kultura miesza się z europejska. Wnętrze kościoła ozdobione jest w stylu maoryskim, co nadaje mu niepowtarzalny charakter.

Wioska Maorysow

Po stosunkowo płaskiej Australii, stęskniliśmy się bardzo za górami. Jedziemy wiec do Tongarino National Park gdzie znajdują się najwyższe szczyty wyspy północnej (2750m) . Chociaż sezon narciarki właśnie się skończył to w górnych partiach nadaj jest dużo śniegu co utrudnia wędrówkę po parku. Podziwiamy wspaniale ośnieżone szczyty wulkanów spacerując po dolinkach. Jeżeli starczy nam czasu to może tu wrócimy na początku lata i trochę pohasamy po szczytach.

Panoramy gór wulkanicznych w środku nowozelandzkiej wiosny

Tanaraki Falls

W Taupo spędzamy 4 dni, wędrując rekreacyjnie po okolicach i chłonąc miejscowe klimaty. Taupo to ciekawa miejscowość górska, no i największe nowozelandzkie jezioro (600 km2) powstałe po wybuchu pobliskiego wulkanu, który ciągle jest bardzo aktywny…

Widok na jezioro Taupo

Noce są chłodne i temperatura nad ranem ok. O°C, a do tego zimny wiatr (podobno wieje z Arktyki). Oj warto było zainwestować w nowy śpiwór puchowy…Odkrywamy ze klimat Nowej Zelandii jest bardzo specyficzny. Słonce jest bardzo ostre, potrafi wysuszyć mokre rzeczy w mniej niż godzinę J, a w cieniu jest bardzo zimno. Zimniej nawet niż latem w Norwegii. Jest to wpływ oceanu, który zawsze jest bardzo blisko. Niezależnie gdzie się jest ocean jest nie dalej niż 128 km. Pogoda tez zmienia się bardzo szybko wiec trzeba być ostrożnym. No, ale my mamy dobra praktykę po pięciu latach w Norwegii. Starannie sprawdzamy prognozę pogody i staramy się podróżować razem ze słońcem.

Po Taupo pora na River Valley

Chwila relaksu na River Valley

Po drodze podziwami miejscowe krajobrazy. Na zielonych wzgórzach i pagórkach pasie się wiele owiec. Okazuje się, ze jest ich w Nowej Zelandii aż ok. … 38 mln, czyli

Na 1 Nowozelandczyka przypada aż 8 owiec

Maleńkie owieczki na tle zielonych pagórków wyglądają uroczo, niestety hodowla owiec powoli staje się mniej popularna w Nowej Zelandii, znacznie bardziej opłaca się hodować krowy, które nie są już takie urocze jak owce, no chyba ze małe cielaczki.

Samo River Valley to głęboki wąwóz, dolina z rwąca rzeka, a tam klimatyczne schronisko górskie, no i rzeskie nowozelandzkie piwko. Pod wieczór jest okazja poznać bliżej współpasażerów autobusu, czyli podróżników z całego Świata. Dominują Brytyjczycy, ale są również Holendrzy, Niemcy, Duńczycy, Kanadyjczycy, Brazilijczycy… Ciekawie jest spotkać i poznać podobnych do siebie, którzy podróżuje przez wiele miesięcy, a nawet przez lata… Warto także powymieniać doświadczenia…

W drodze do Wellington zatrzymujemy się w małym miasteczku Bulls, czyli byki. W Nowej Zelandii każde nawet najmniejsze miasteczko jest z czegoś słynne. Miasto Bulls jest słynne z tego ze hoduje się tu byki, które dają mleko. Nawet w MacDonaldzie można kupić shakea z bykowego mleka.

Bulls Town

W stolicy spędzamy jedynie wieczór i noc. Zaraz przy naszym hotelu znajduje się majestatyczna katedra katolicka. Mimo zmęczenia robimy sobie wieczorny spacer i zwiedzamy katedrę. Odnajdujemy tu polska tablice upamiętniająca ofiary zbrodni katyńskiej, ufundowana przez polonie nowozelandzka.

Katolicka katedra w Wellington

Następnego dnia wstajemy wcześnie rano na prom. Czas opuścić wyspę północna i ruszyć na

Wyspę południowa

Już płynąc promem podziwiamy jej przepiękne brzegi. Okazuje się, ze ta wyspa jest jeszcze ciekawsza niż północna… O kolejnych przygodach na niej napiszemy już niedługo. A tymczasem parę fotek z promu poniżej 🙂

Widok z promu na wyspe poludniowa

Już pierwsze wrażenia z promu potwierdzają to, co słyszeliśmy od miejscowych „nie spędzajcie zbyt dużo czasu na wyspie północnej południowa jest o wiele piękniejsza :)”.

 

Opublikowano Nowa Zelandia, NZ - Wyspa Północna, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Tańczące wieloryby przy Gold Coast

Pożegnanie z Cairns

W okolicach tropikalnego Cairns spędzamy w sumie 11 dni. Z dnia na dzień robi się coraz cieplej. Jest już polowa października i na półkuli południowej to już prawie środek wiosny, a tropikalne lato «za pasem». Często temperatura przekracza 30C, a mocne słonce budzi nas wcześnie rano zaraz po świcie. Niestety nasz namiot nie posiada klimatyzacji, słońce «dyktuje nam» wiec rytm dnia. Wstajemy zgodnie z natura skoro świt, kładziemy się tez dość wcześnie zęby pospać, chociaż te 7-8 godzin. 🙂

Ostatni wieczór spędzamy na pożegnalnym backpack’erskim grillu spożywając pyszne mięso krokodyla, emu i kangura. To tutaj w Cairns poznaliśmy najwięcej podróżników, ale nasze drogi powoli się rozchodzą: jedni jada na zachód do Darwin, inni podążają tak jak my w kierunku Sydney. A konkretnie udajemy się do…

Od lewej: kielbaski wolowe, mieso krokodyla, emu i kangura 

Byron Bay na Gold Coast i trochę o Australijczykach…

Gold Coast beach

Po ok. 2 dniach jazdy pociągiem i także autobusem dojeżdżamy do celu. Po drodze mijamy miasteczka o ciekawych nazwach np. Surfing Paradise, Cofees Harbour, Casino (beef capital)… Australijczycy uwielbiają spędzać wolne dni na Gold Coast. To tutaj są najładniejsze złote plaże Pacyfiku. Duże fale to także idealne warunki do surfowania, kite-surfowania itp., a lato trwa niemal cały rok…

Najdalej na wschod wysuniety przyladek Australii

Rozbijamy namiot na campingu tuz przy samej plaży. Nasz «domek» wygląda bardzo skromnie przy olbrzymich namiotach Australijczyków. Wiele z nich są wielkości niemal polskich domków letniskowych. Duzy samochód z deska surfingowa na dachu, ogromny namiot, gromadka hałaśliwych dzieciaków, wyluzowani rodzice – tak właśnie wygląda typowa australijska rodzinka.

Namiot i samochod dla 2 osob w Australii

Widać, ze dobrze im się tutaj żyje, a łagodny i ciepły klimat to wiele słonecznych dni i długie (niemal wieczne) wakacje. Poza tym nie są za bardzo konfliktowi i traktują życie na luzie. Tylko pozazdrościć braku wielu problemów, które Europejczycy maja, na co dzien.

Tutaj każdy zagaduje nas na polu namiotowym (What’s up?), A nowo poznani ludzie gawędzą sobie na luzie jakby znali się wiele lat. Tutaj kazy jest Mate (czyli kumpel), wszystko jest Ossooom , Cool (fajne), too easy ( po Australijsku: nie ma sprawy), a nawet Very Ozzy ( od Ozikow jak nazywają mieszkańców Australii).  Lubią tez sobie upraszczać życie i skracają niektóre wyrazy, co na początku sprawiało nam problem. Np hamburger z kangura to Roo Burger od Kangaroo, Vegatebles to Veggie… a zajęta toaleta w pociągu jest engadged (zaręczona :)), Flat White (Biala plaska) to kawa z mlekiem. Hmm… ciekawe co na to Norwegowie jak zaczniemy używać naszego nowego angielskiego w pracy typu «What’ s up mate? Too easy…», «Ossom»…

Na Byron Bay cale dnie spędzamy na zwiedzaniu okolicy. W promieniu paru km mamy kilka plaż. Każda jest inna. Na jednej fale są bardzo wysokie i nadają się do surfingu, na drugiej nieco mniejsze za to wiatr jest idealny do kitesurfingu, trzecia nadaje się do romantycznych spacerów o zachodzie słońca, a ta najbliżej miasta jest idealna do pływania…

Surfer walczacy z falami

Idealne warunki na kite-surfing

Spacerując po klifach pomiędzy plażami docieramy do malowniczego przylądka, który okazuje się najbardziej na wschód wysuniętym punktem w całej Australii. To stad jest najbliżej do Nowej Zelandii. Wpatrując się w ocean dostrzegamy, ze horyzont nie jest już plaski, ale lekko zakrzywiony. Nie możemy uwierzyć, ale gołym okiem widać krzywiznę Ziemi!

Na szczycie klifu znajduje się bardzo ważny obiekt nawigacyjny – latarnia morska, która zwiedzamy. Z uwagi na skaliste wybrzeże oraz silne wiatry wyposażona jest w najsilniejsze światło w całej Australii.  Jej światło jest tak mocne ze widać je na 50km…

Latarnia morska na Byron Bay

Skaliste wybrzeża, klify, złote plaże; wszystko to sprawia ze nasz spacer jest bardzo relaksujący, podziwiając widoki zapominamy o zmęczeniu, upale i uparcie podążamy coraz dalej i dalej.

Krzywizna Ziemii widzialna „golym okiem” z przyladka

Kiedy zmęczeni odpoczywamy na odludnej plaży, myśląc ze wszystko już widzieliśmy?.. Nagle na horyzoncie pojawiają się…

Wieloryby… i to cale stado dużych sztuk… nie no tego nie planowaliśmy

Przepływają koło naszej plaży przepiękne Humbaki, nurkują pokazując nam ogromne ogony. Robimy setki zdjęć i udaje nam się uchwycić dwa wieloryby nurkujące naraz :). To już piaty raz widzimy te wspaniale ssaki (pierwszy raz w Australii) i kolejny raz to przeżycie jest niezapomniane.

Tanczace wieloryby 🙂

Pełni wrażeń wracamy na kemping i jedząc własnoręcznie przyrządzony stek z kangura podziwiamy kolejny zachód słońca. Tak to był kolejny wspaniały dzien.

Stek z kagura na grillu to najsmaczniejszy obiad w Australii 🙂

W podobny sposób spędzamy w sumie 6 dni tzn. spacerujemy po plaży, kapiemy się. Pyzatym powoli zegnamy się już z Australia i przygotowujemy się na nowe wyzwanie… już za parę dni lądujemy w Nowej Zelandii. Trochę nam za opuszczać Australie, ale jesteśmy bardzo ciekawi nowego zupełnie nieznanego nam kraju, o którym tyle słyszeliśmy. Jedziemy w kierunku Sydney, pożegnać się z tym pięknym miastem i zobaczyć się ze znajomymi przed odlotem.

W Australii spędziliśmy w sumie 54 dni, przejechaliśmy ten kraj z północy na południe, z zachodu na wschód, zobaczyliśmy tez cale wschodnie wybrzeże aż do Cairns i z powrotem. Zrobiliśmy trochę ponad 18000km i na jakiś czas mamy dość kolei po w sumie 11 dobach w pociągu (Ghan, Indian Pacific, Queenslandrail i Countrylink), ale naprawdę było warto. Australii nie da się opisać, te dystanse, różnice trzeba poczuć i przejechać a widoki zobaczyć. Może już niebawem pokusimy się o małe podsumowanie naszej Australijskiej przygody.

Opublikowano Australia, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wielka Rafa Koralowa i jej tropikalne wyspy

Odpoczywany parę dni po podroży z Perth przez Sydney i Brisbane do Cairns (ok. 7000km) spacerując po miasteczku, kąpiąc się w lagunie i wisząc na hamaku pod palmami.

Zasłużony  odpoczynek w Lagunie w Cairns

Odżywiamy się także trochę lepiej po posiłkach w wagonie restauracyjnym, rozkoszując się mięsem z krokodyla, emu oraz z kangura. Hmm stek z kangura to dla nas teraz niemal codzienność. Mięso z kangura można tutaj kupić w niemal każdym sklepie spożywczym  w cenie ok. 10 dolarów za kg – wiec jak na Australie dosyć tanio. Wykorzystujemy taka okazję, mając do dyspozycji kuchnie przy polu namiotowym. Oprócz tego witaminy uzupełniamy owocami tropikalnymi, których smak i zapach jest jednak bardziej świeży i naturalny niż w Europie. Mango, banany, papaja, kiwi polane rozpuszczoną czekoladą to główny skład sałatek owocowych przygotowywanych niemal codziennie przez Anię 🙂

Tak w hamaku i w namiocie pod palmami mija kilka dni i nocy. Dochodząc powoli do formy odradza się znów chęć zobaczenia kolejnych egzotycznych zakątków Australii. Musimy zobaczyć…

Wielka Rafę Koralową (Great Barrier Reef) i odwiedzić jej tropikalne wyspy

Cairns jest bardzo popularnym miastem turystycznym właśnie ze względu na otaczająca je w pobliżu Wielka Rafę Koralowa. Chociaż miasteczko jest w sumie niewielkie stanowi dobra bazę wypadowa na okoliczne wyspy tropikalne. Jeżeli chcemy podziwiać Rafę musimy odwiedzić, chociaż jedna z tych wysp. My wybieramy na początek…

Green Island

Wypływamy z Cairns promem o 8 rano. Przeprawa trwa ok. 50 min. by dotrzeć na brzeg tej tropikalne i niepowtarzalnej wyspy. Już 1-2 km od brzegu możemy dostrzec zarys Rafy patrząc z promu. Kolorowe rafy przebijają się już przez wodę morska w jasnych odcieniach zieleni.

Green Island położona na Wielkiej Rafie Koralowej

Wielka Rafa Koralowa

Sama wyspa także porośnięta jest bujna dżunglą. Stąd zapewne pochodzi nazwa tej wyspy. Po przypłynięciu odwiedzamy plaże i przechodzimy wyspę w poprzek. Rafę koralowa możemy podziwiać w czasie wycieczki łodzią ze szklanym dnem. Widoki są niepowtarzalne. Oglądamy nieznane nam wcześniej gatunki ryb i żołwie morskie, które żyją w  tej bujnej, kolorowej rafie.

Życie na Wielkiej Rafie

Po wycieczce spędzamy na wyspie jeszcze kilka godzin. Spacerujemy po plaży podziwiając rafę z góry. Nagle przychodzi przypływ i w ciągu ok. poł godziny poziom wody podnosi się o prawie cały 1 metr. Powierzchnia plaży bardzo się kurczy i zmienia się linia brzegowa. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy tak szybkiego przypływu. Siedzimy sobie spożywając lunch w postaci kanapek, gdy nagle dostrzegamy kilka metrów od nas egzotycznego dosyć dużego…

Żółwia morskiego…

Później tych żółwi widzimy po kolei dobrych kilkadziesiąt sztuk. Płyną sobie  tuz przy brzegu zaraz po przypływie. Możemy wiec dokładnie podziwiać te egzotyczne zwierzęta jak płyną tuż pod powierzchnią wody by, co jakiś czas wynurzyć głowę i nabrać powietrza. Jednocześnie wody jest w morzu coraz więcej, co robi na nas niesamowite wrażenie. Jak piękna potrafi być ta egzotyczna przyroda! Żółwie, rafa, przypływ, tropikalne słonce, palmy i my sami na łonie natury – ponieważ przeszliśmy na rzadko odwiedzana przez turystów stronę wyspy. Uczucie niezwykłe, romantyczne i piękne! Tak jesteśmy na Rafie Koralowej w tropikach! Teraz ten żywioł nas otacza. Nigdy nie zapomnimy tego wrażenia. Trudno to dokładnie opisać (a zdjęcia oddają jedynie ułamek tego przeżycia), ale zapewniamy, ze… dla takich chwil warto podróżować!

Żółw Morski 

Plaże na Green Island

Po paru dniach odwiedzamy kolejna wyspę

Fitzroy Island

Spędzamy na niej całe 2 dni i noc. Jest trochę inna niż Green Island, ale także bardzo ciekawa. Jest górzysta i zdobywamy jej najwyższy szczyt oraz dochodzimy do latarni morskiej by podziwiać widoki z większej wysokości. Przed nami morze koralowe i sąsiednie wyspy. W oddali widać także niewielka i dosyć płaska Green Island.

W drodze na szczyt na Fitzroy Island

Widok ze szczytu 

Oprócz tego snurkujemy sobie podziwiając rafę z bliska. Korale są równie bujne jak na Green Island oraz cala masa różnokolorowych ryb. Jest tak pięknie, ze można zapomnieć  o reszcie świata…

Kamieniste plaże na wyspie

Niestety dzień już się kończy….

Jest bardzo egzotycznie także na wsypie. Nocujemy pod namiotem na wyznaczonym polu namiotowym. Jednak nie jest ono dobrze ogrodzone i co jakiś czas przez środek przechadzają się egotyczne „zwierzątka”. Tu poznajemy „drugie dno” tropików. Trzeba być jednak ciągle czujnym, bo ukąszenie większego gada mogłoby być dosyć groźne dla zdrowia. Obwarowujemy kamieniami namiot na noc by moc w miarę spokojnie spać i udaje się wyrwać nawet cale 7 godzin snu.

Ach te australijskie „zwierzątka” na polu namiotowym

Nasz namiot zabezpieczony przed „zwierzątkami” – na szczęście w nocy spały 🙂

W tropikach noce są niestety dosyć długie. W październiku noc tutaj trwa cale 11 godzin, czyli o wiele dłużej niż „u nas” w lecie. Trzeba, więc przetrwać mrok nocy najlepiej w namiocie by uniknąć spotkania ze „zwierzątkiem”. Przychodzi jednak świt i poranek. Nowy tropikalny dzień, spacerki, kąpiele i powrót do Cairns.

Napis ulozony z kawalkow rafy koralowej – RTW – Round The World 

Tym razem wycieczka była trochę bardziej męcząca psychicznie, ale wszystko dobrze się skończyło i znów na hamaku pod palmami możemy nabierać sil przed dalsza podrożą. W Cairns wiosna i robi się coraz cieplej. Temperatury często przekraczają już 30°C. A my mamy na razie dosyć tropików i chcemy oddalić się od Równika jadąc na południe  🙂

Opublikowano Australia, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | 2 Komentarze

Sydney – Brisbane – Cairns, czyli „ściana wschodnia” :)

Po 72 długich, choć ciekawych godzinach jazdy pociągiem „Indian-Pacyfic” przejeżdżamy cały kontynent australijski z zachodu na wschód (przez ok. 4000km), czyli robimy…

TransAustralię po raz II i dojeżdżamy do Sydney 🙂

Pozdrowienia z Sydney 🙂

Najbardziej rozpoznawalnego miasta Australii, które przez wielu mylnie „uznawane” jest za stolice tego pięknego i wielkiego kraju. Nareszcie dojechaliśmy na wschodnie wybrzeże! No tak pojechaliśmy „na wschód, bo tam musi być jakaś cywilizacja”. Jak wiadomo jesteśmy po drugiej stronie Ziemi, czyli Down Under gdzie ludzie „chodzą na rękach” i wszystko musi być na odwrót niż w Europie. Nie ma się wiec już tym razem, z czego śmiać. Zamiast tajgi, tundry i „wsio kukurydza” (jak na wschodzie Europy i na Syberii ) po 3 dniach jazdy z Dzikiego Zachodu stanęliśmy w centrum wielkiego i niezwykłego Sydney 🙂

Sloneczne niedzielne popoludnie w centrum Sydney

Slynny most naprzeciwko Sydney Opera House

Mieszkamy w hostelu na King Cross’ie w centrum Sydney. Niedaleko, bo 20 min. „z buta” od legendarnej Sydney Opera House. Po drodze z hostelu do Opery mijamy nowoczesne budynki, parki i zabytkową katolicką Katedrę .

Widać, ze miasto jest całkiem „na luzie”. Zwłaszcza okolice King Cross to jedna wielka niekończąca się impreza. Każdy wieczór i każda noc to długie imprezy do białego rama. Można to nazwać wręcz zjawiskiem ekstremizmu imprezowego, które dla nas jednak „lekkim” przegięciem – nigdzie wcześniej w Europie tego nie widzieliśmy. Po 3 dniach w pociągu staramy się przede wszystkim odpoczywać wieczorami i nocami  pomimo hałasu i gwaru ulicznego. Zwiedzamy także dosyć dokładnie centrum Sydney, które nas zauracza. Rzeczywiście jest wyjątkowe 🙂

Sydney by night

Po Sydney pora na Brisbane i „polish joke”

W Brisbane mamy „odwiedzić” polskiego blogera, który ciągle nas zapraszał do siebie (tzn. jak tylko napisaliśmy ze jedziemy dookoła Świata). Upewnialiśmy się kilkukrotnie czy mamy rzeczywiście go odwiedzić i czy możemy rozbić u niego namiot w ogródku na parę dni. Odpisywał, ze „pewnie” i ze „obrazi się jak nie przyjedziemy”, ze „zorganizuje spotkanie z Polonia w Brisbane jak się tylko pojawimy”. Jednak na kilka godzin przed spotkaniem (jak  byliśmy już w pociągu z Sydney do Brisbane) pisze sms-a, ze „trochę się pomieszało” i ze „nie może nas przenocować”. Mamy znaleźć sobie jakiś hostel w centrum, których „jest pełno”. Hmm ciekawe jak, w pociągu, w którym nie ma neta, a nawet czasami zasięgu? Zważając, ze jest środek wakacji szkolnych i wszystko jest zarezerwowane. Zapada noc a my w centrum Brisbane – wielkiego 2 mln miasta. Facet nie napisał nawet żadnego powodu, dlaczego tak nagle „nie może”. My przejeżdżamy cały Świat a on się już więcej nie odzywa. Hmm jak go można nazwać, zęby nie użyć brzydkiego słowa?

Na szczęście mamy plan B i znajdujemy camping z wolnymi miejscami i to w II zonie. Dla porównania okazało się, ze ten „zapraszający” Polak „z Brisbane” mieszka poza VI zoną, czyli jakieś 60 km od centrum. Tak na marginesie to ten gościu ciągle „nosi się” na blogu, ze jest w Australii i „daje rady” Polakom jak wyemigrować. Hmm, z tego, co widzimy to tak naprawdę nic trudnego. Wystarczy mieć po prostu dobry zawód i płynnie mówić po angielsku. Australia ciągle potrzebuje mądrych i wykształconych emigrantów…

Po Sydney centrum Brisbane nas nie zauroczylo

Po nocce w Brisbane nie ma co czekać dalej. To miasto niczym wielkim nas nie zachwyca. Ot nowoczesne wieżowce, parę placyków, nic specjalnego. W sumie dobrze, ze nie tracimy tu więcej czasu i ruszamy na północ w kierunku…

Cairns i Great Barrier Reef

Kolejne 30 godzin w pociągu linii quennslandrail. Na szczęście w wagonie restauracyjnym australijskich kolei można się pożywić w przystępnej (jak na Australia) cenie. To już w sumie 9-ty dzień w pociągu i na „samych kanapkach” można by już dawno paść… Dojeżdżamy nareszcie do Cairns. Wyjeżdżają po nas na dworzec z hostelu. Rozbijamy namiot na szczelnie ogrodzonym polu campingowym. Już żadne „zwierzątka” nas budzić w środku nocy nie Beda. Nadeszła wreszcie pora na długi sen w wygodnej pozycji poziomej 🙂

Jedno z najmiejszych pol namiotowych swiata 🙂

Nazajutrz (po 10 godzinach snu) okazuje się, ze (w końcu) udało się dobrze trafić z noclegiem. Jest czysto, niedrogo i przyjemnie. Pora ochłonąć po wielodniowej przeprawie z Perth. Jesteśmy teraz w Cairns, czyli na płn.-wsch. wybrzeżu, czyli na zupełnie przeciwnym krańcu niż Perth, z którego wyjechaliśmy ok. 10 dni wcześniej.

AAA… to dlatego nikt sie nie kapie w morzu 🙂

W lagunie w centrum Cairns – tu juz nie wejdzie zaden krokodyl…

Czas na spacery i wycieczki na Rafę Koralowa, czyli Great Barier Reef, podczas kilkunastu dni, które spędzamy w tej ciekawej i tropikalnej części Australii. Pogoda „jak drut”, czyli zero chmurek i 26-30C. Wilgotność na szczęście nie jest tak dokuczliwa jak w Azji Pld-wsch i komfortowo można spać w namiocie…

Kilkudniowy odpoczynek jest teraz niezbędny by już niebawem popodziwiać pejzaże i po przezywać kolejne przygody na…

Odpoczynek po pociagu i nowe hobby Grzesia – do wpisania do CV 🙂

Great Barier Reef, czyli na Rafie Koralowej… 🙂

Wielka Rafa Koralowa 🙂

Opublikowano Australia, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | Dodaj komentarz

W stronę Dzikiego Zachodu, czyli do Australii Zachodniej :)

Jeszcze o Adelaide

W Adelaide i okolicach spędzamy 2 dni. Miasto jest ciekawe, czyste i dosyć przyjazne dla podróżników. Po 2 miesiącach tropików, stepów i pustyń dojeżdżamy wreszcie do strefy klimatu umiarkowanego. Roślinność, krajobrazy, temperatura i wilgotność powietrza są nieco zbliżone do tego, co mamy w Europie. Nareszcie trochę chmur na niebie, powietrze bardziej rześkie, no i słońce już tak mocno nie pali. Trochę chłodniejszy klimat i mamy już nieco więcej sił.

Adelaide – Nareszcie troche zieleni po pustyniach w srodkowej Australii

Plecak jakby jakiś lżejszy się zrobił no i przychodzi ochota na rower – nareszcie jakaś odmiana. Okazuje się, że można wypożyczyć rower i to za darmo. Jedziemy wzdłuż rzeki oglądając okolice miasta aby dojechać do plaż Oceanu Południowego… 🙂

Czas na zmiane srodku transportu – na rowerek 🙂

Po krótkim, lecz ciekawym pobycie w Adelaide ruszamy na Dziki Zachód, czyli…

Na Dziki Zachod, czyli koleją z Adelaide do Perth

Przejechanie 2500 km znanym na całym Świecie pociągiem «Indian-Pacific» zajmuje nam prawie dwie doby. Po drodze podziwiamy zmieniające się krajobrazy.

Transport wody na bezkresnych pustyniach Australii

Znowu za oknem coś w rodzaju sawanno -stepu, później kilkanaście godzin przez bezkresna i niemal płaska pustynię. Po drodze mamy jedynie parę przystanków w tej bezkresnej, niemal bezludnej krainie. Przejeżdżamy koleją przez…

Najdłuższy prosty odcinek torów kolejowych na Świecie

o dlugosci 477km. Kolejna atrakcja w czasie tej długiej podróży jest…

Przystanek Cook, czyli  «In the middle of nowhere»

Zatrzymujemy się na godz. w Cook – najbardziej wyizolowanej stacji kolejowej na Świecie.

Tablica w Cook – najbardziej wyizolowanej stacji kolejowej Swiata

Oprócz samej stacji jest również opuszczone malutkie miasteczko, zamieszkane obecnie jedynie przez… 4 osoby, psy Dingo i 2 mln much jak napisali to humorystycznie na szyldzie nieliczni miejscowi. Na szczęście o tej porze roku much nie ma wcale. Jest za to opuszczona szkoła i knajpa. Można ja obserwować jedynie z dystansu, bo wejście do budynku grozi zawaleniem…

Następnie oglądamy z daleka… kopalnie złota w Kalgoorlie i poznajemy już klimaty Dzikiego Zachodu

Pociąg «Indian-Pacyfic» jest na szczęście dla nas typowym pociągiem turystycznym. Zatrzymuje się w ciekawych miasteczkach na 1-4 godz. Można wiec wysiąść na trochę by rozprostować kości i obejrzeć z bliska interesujące zakątki Australii. Podobnie jest w Kalgoorlie gdzie wychodzimy zjeść kolacje w restauracyjce. Idziemy tez na piwko ze znajomymi do klimatycznej knajpki jakby wyciętej z Westernu.

Knajpa w centrum Kargoorlie

Miasteczko powstałe na środku pustyni po odkryciu złota w 1898r. Do dzisiaj głównym źródłem dochodów mieszkańców jest praca w kopalniach. Większość mieszkańców to oczywiście faceci, a po pracy wiadomo musza gdzieś „wyjść do ludzi”. Właściciele knajpeczek robią wszystko by zapewnić im „dobra zabawę”. Oprócz bilard’a, niezłej muzyki, klimatycznego wystroju, wielkiego ekranu, wszystkie drinki podają … skąpo ubrane kelnerki…

Przyjazd do Perth i … „test twardości”

Na reszcie po 2 dniach po bezkresnych, pustynnych bezdrożach, krajobraz znów się zmienia. Robi się bardziej górzyście i zielono. Pojawiaja się pierwsze domy i gospodarstwa. Dojeżdżamy do Perth – stolicy Australii Zachodniej. Miasto jest duże – ok. 1,5 mln mieszkańców i mocno kontrastuje z regionem. W całej Australii zachodniej, która zajmuje olbrzymi obszar ok. 35% Australii, mieszka jedynie… ok. 2 mln ludzi.

Bellhouse w Perth – mozna stad uslyszec dzwony Big Bena z Londynu…

Po dosyć długiej podróży Perth początkowo okazuje się dosyć niegościnne. Jest drogo i niemal wszystkie noclegi są zarezerwowane. Jedziemy do pobliskiego Fremantle, w którym również ciężko jest coś znaleźć. Postanawiamy, wiec ze płyniemy promem z stamtąd na wyspę …

Rottnest Island

To niewielka wyspa położona na Oceanie Indyjskim (niedaleko Perth) została blednie nazwana przez jej odkrywce Rottnest Island – tłum. dosłownie to… Wyspa Szczurów. Zamieszkana jest przez endemiczne quoki – zwierzę nieco podobne do dużego szczura (tylko nie jest aż tak brzydkie), trochę do małego kangurka. Chociaż quoki nie boja się ludzi i są przyjazne dla człowieka, początkowo błędnie uznane za szczury były tępione. Przetrwały jednak ten trudny okres i są obecnie pod ścisłą ochroną. Jest ich obecnie ok. 10 tys. i występują jedynie na tej wyspie…

Quoka – tylko na Rottnest Island mozna ja spotkac

Przypływając na wyspę mamy na reszcie możliwość rozbicia namiotu na wyznaczonym polu campingowym tuz przy Pink Beach – Różowej Plaży gdzie kilkukrotnie podziwiamy romantyczne zachody słońca w wielu odcieniach różu 🙂

Zachod slonca na Pink beach

Jest mnóstwo plaż i nie ma tu… samochodów

Wyspa została niemal całkowicie wyłączona z ruchu. Prawo do jazdy ma jedynie Ambulans, Radiowoz, niewielka kolejka i sporadycznie kursujący autobusik wycieczkowy. Oceaniczne powietrze jest wiec bardzo czyste, jest cicho i spokojnie, co pozwala nam wsłuchiwać się w odgłosy natury: szum wiatru, fal i śpiew ptaków. Przez pierwsze 2 dni jest ciepło i słonecznie – pogoda sprzyja nam w pieszych wędrówkach po wyspie i podziwianiu wielu z aż… 62 plaż.

Jedna z wielu plaz na Rottnest Island…

Fale Oceanu Indyjskiego

Noce są już trudniejsze. Quoki są bardzo aktywne nocą, jest ich dużo i próbują wchodzić za wszystkich stron do namiotu. Chociaż budzą nas wiec wielokrotnie to znajdujemy na to metodę.

Namiot kamieniami i drewnem obłożony

Fartuchy od tropiku namiotu, które normalne służą jako ochrona przed śniegiem, przydają się, aby szczelnie obwarować się od quok. W kolejna noc dobrze śpimy i zwierzęta nie są już w stanie się przedrzeć. Po trzech dniach pogoda niestety się załamuje, a Ocean pokazuje swe surowe oblicze. Wieje mocno i pada przez wiele godzin, a na morzu jest sztorm. Namiot jednak przechodzi pozytywnie kolejny test. Nie przecieka wcale a w środku jest ciepło i wygodnie. Jesteśmy przygotowani także na następną noc, jednak…

Kierownictwo wyspy zamyka na ta noc pole namiotowe i musimy „się zwijać”

Ze względu na „sztorm i trudne warunki” zabraniają nam spać w namiocie. Nakazują nam przenieść się do domku, za który każą sobie „słono płacić”. Hmm bardzo ciekawa troska o turystów, skoro tego samego dnia nie widza przeszkód by prom do Perth odpłynął… Pochodząca z Kraju Mięczaczków (czyli z Francji) kobieta z Visitor Center robi „duże oczy” ze śpimy w namiocie mówiąc, ze jesteśmy „verri brave”, ale już dalej nie wolno nam spać (na jedynym polu namiotowym) i bez dyskusji mamy się przenieść. Decyzja podobno już zapadła – po tym jak w paniczny sposób przedstawiła kierownictwu prognozę pogody. Chociaż mówimy, ze jesteśmy przyzwyczajeni i mamy dobry ciepły, suchy namiot zmuszają nas to drogiego i nieogrzewanego domku, który okazuje się i tak chłodniejszy od namiotu.

Latarnia morska przy polu namiotowym

Gdzie prawa człowieka? Jesteśmy w końcu dorośli. Po raz pierwszy w życiu zabrania nam ktoś spać pod namiotem. Spiąć w domku obserwujemy pogodę i nie jest wcale taka zła. Taka typowa lekko deszczowa noc, temperatura jak w Polsce w sierpniu pod namiotem. Nazajutrz postanawiamy opuścić ta wyspę, gdzie zaczynamy czuć się jak w więzieniu. W końcu kilkadziesiąt lat temu znajdowało się tutaj więzienie dla Aborygenów. A my przyjechaliśmy tutaj przecież z własnej woli.

Back to Perth

Po tej nocy wracamy do Perth. Ze względu na weekend wszystkie noclegi są znów zajęte i pozostaje nam camping 15km od centrum. Nie jest łatwo tam trafić nocą, ale udaje się. Rozbijamy namiot. Noc jest chłodna (po 4-5C) jednak po świcie słońce szybko nagrzewa powietrze. Jest w końcu ciepło i słonecznie. Przyszła pora na odpoczynek i pranie po pociągu i Rottnest Island.

Downtown of Perth

Po 2 dniach przenosimy się do centrum Perth. Zarezerwowany hostel okazuje się wielka pomyłka. Jest brudno, śmierdzi i kreci się wielu dziwnych typów 😦

Co teraz, co dalej?

Na szczęście spotykamy się pod wieczór z kolegą Szwedem w centrum, z którym pracowaliśmy razem w firmie w Norwegii. Pracuje i mieszka w Perth od ponad roku. Widząc nasze smutne miny i słysząc o problemach jakie mamy przyjmuje nas „pod swój dach”. A właściwie gości nas Nowozelandczyk, u którego wynajmuje pokój. Ratują nas i nocujemy w dobrych warunkach domowych przez następne 2 dni 🙂

Wiezowce w centrum Perth

W tym czasie zwiedzamy dosyć dokładnie centrum dynamicznie rozwijającego się Perth, które mimo problemów jakie mieliśmy, urzeka nas. Nie było latwo, ale to było cos w rodzaju „testu twardości”, który udało się przejść. Po 8 dniach w Perth i okolicach wsiadamy do pociągu „Indian-Pacyfic” w kierunku…

Z Perth do Sydney, czyli TransAustralia II 🙂

Przed nami 4300km, 3 doby jazdy, aby przejechać cały kontynent „w poprzek», czyli z zachodu na wschód.

Przed pociagiem „Indian-Pacyfic” – jeden z kilku przystankow…

W drodze do Sydney…

Ruszamy, wiec pociagiem „Indian-Pacyfic” z Dzikiego Zachodu na Wschód – „tam musi być jakaś cywilizacja” 🙂

Opublikowano Australia, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano | 3 Komentarze

Jesteśmy w Australiiiii! Czyli II cześć naszej Podróży i V kontynent…

YEST! Nareszcie po wielu latach spełnia się jedno z naszych marzeń i lądujemy w Australii !

Uluru (Ayers Rock) in the middle of Australia

Kata Tjuta National Park

Po kilkudniowym pobycie w Singapur‘ze wylecieliśmy w kierunku Darwin, czyli Northern Theritory of Australia. Mamy nocny lot, który trwa 4,5h, aby dotrzeć na nowy dla nas już  V kontynent. Z nadzieją na kolejne przygody i pełni ciekawości przechodzimy odprawę paszportowa na lotnisku w Darwin. Jest 4.00 rano lokalnego czasu, a my po praktycznie nieprzespanej nocy czekamy na świt na lotnisku…

Koleją przez Australie

Mamy zabukowany pociąg na 10.00 w kierunku Alice Springs. Początkowo myśleliśmy ze uda nam się chociaż trochę zobaczyć centrum Darwin, ponieważ zazwyczaj dworzec kolejowy jest w centrum miasta. Okazuje się jednak, ze w Darwin jest zupełnie inaczej, a miejscowi pytani na lotnisku o dworzec odpowiadają: „Oh my God! The railway station is in the middle of nowhere” :), a niektórzy mówią, ze… nigdy tam nawet nie byli.

Darwin railway station is open only once a week 🙂

Hmm bardzo ciekawe, ale prawdziwe. Dworzec znajduje się jakieś 10 km poza miastem i nie ma tam niczego prócz samego dworca, który otwarty jest jedynie raz w… tygodniu, ponieważ odjeżdża z niego tylko jeden pociąg na tydzień. Tak to ten jedyny na trasie Darwin-Alice Springs-Adelaide, który na szczęście zabukowaliśmy przez telefon, będąc jeszcze w Singapurze tuż zaraz przed wylotem do Australii. Uff na szczęście załapaliśmy się na ostatnie wolne miejsca. Czekanie cały tydzień na następny pociąg byłoby „troszeczkę” depresyjne 😉 …

Po dobie jazdy niezbyt szybkim, ale za to bardzo wygodnym pociągiem, wysiadamy w samym środku Australii, czyli na peronie w…

Alice Springs

On the way from Alice Spring railway station to downtown

Tutaj jest na szczęście normalniej i dworzec znajduje się w 10 minut na piechotę od centrum. Miasteczko jest ciekawie położone na samym środku wielkiej pustyni, gdzie słońce pali niemal cały rok, a 80% energii elektrycznej uzyskiwana jest właśnie ze słońca. Ok. 50% ludności stanowią Aborygeni, czyli ludność etniczna, co jest elementem pewnego folkloru i tym bardziej czujemy teraz, ze stanęliśmy na nowym kontynencie. Jesteśmy ciekawi nowej kultury zarówno tej etnicznej jak i tej Australijskiej, dlatego ruszamy w kierunku legendarnego, związanego z aborygeńską tradycja i historia…

Uluru, czyli Ayers Rock

Sunset at Uluru

To największy monolit skalny na Świecie. Wystaje, co prawda „jedynie” 425m ponad powierzchnie ziemi. Jednak, co najciekawsze przez miliony lat został wbity w grunt aż na… 67000m, co porównując z Mt Everestem (8848m) pokazuje, ze w środku Australii znajduje się gigantyczny skalny kolos Uluru, nieporównywalny wręcz do innych na Świecie.

Uluru a little bit closer, but we do not climb…

Jest także dla Aborygenów świętym miejscem, grobowcem ich przodków, centralnym punktem owianym długą historia liczącą ponad 50 tys. lat. W celu uszanowania tej najstarszej kultury Świata postanawiamy nie wspinać się i nie wchodzić na Uluru, pomimo ze wielu białych Australijczyków to robi. Oczywiście robią w ten sposób na złość Aborygenom i krzywdzą ich  – niestety…

Spędzamy za to w okolicach Ayers Rockaż 6 dni, aby dokładnie zobaczyć cały ten legendarny monolit oraz towarzyszące mu Kata Tjuta  oraz Kings Kanion.

Hiking in Kata Tjuta

We in Kings Canyon

Najlepsza pogoda przy Uluru we wrześniu

Tak twierdza lokalni przewodnicy i kierowcy wycieczek. Rzeczywiście temperatura w ciągu dnia waha się od 23 do 28C, a w nocy spada do 5-8C. Jest wiec idealna nie jest ani zbyt ciepło jak w czasie tutejszego lata przypadającego na styczeń, kiedy potrafi być nawet aż 50C w dzień i 35C w nocy. Nie jest również zimno jak np. w lipcu, kiedy w nocy temperatury potrafią spaść nawet do -10C. Pustynia we wrześniu jest także dosyć zielona, a przez piaszczysty suchy grunt przebijają się urocze i dzikie kwiaty pustyni.

Desert in september in quite green

Panuje tutaj typowo pustynno-kontynentalny surowy dla człowieka klimat. Na szczęście udaje nam się na idealnie „wpasować” czasowo podróżując przy Uluru w pierwszej połowie września. Komfortowo śpimy w końcu pierwsze 3 noce pod namiotem. A później nocujemy parę razy w buszu przy ognisku i pod gwiazdami 🙂 …

Ach te gwiazdy i nasza Rocznica …

Są ich tysiące na niebie, jeśli nie miliony – O wiele więcej niż na półkuli północnej. Na pustyni bez chmur widać bardzo wyraźnie zupełnie nieznane nam z Europy gwiazdozbiory i w końcu możemy poczuć ze jesteśmy tu gdzieś w Down Under (czyli po drugiej stronie Ziemi) tak prawie jak byśmy byli na innej planecie. W czasie tych niezwykłych i romantycznych dni przypada 12 września, czyli nasza…

III Rocznica ślubu 🙂 i początek nowej tradycji…

Our 3rd Wedding Anniversary in Kings Canyon

W tym roku dane nam jest spędzić Ją w samym środku Australii. Jak do tej pory udaje się nam obchodzić wszystkie rocznice w czasie podroży do nieznanych krajów. W czasie I rocznicy żeglowaliśmy po wodach Chorwacji, by rok później spędzić ją w Rzymie. Być może to początek nowej tradycji. Będziemy starać się robić wszystko by to podtrzymać i przez kolejne lata świętować 12 wrzesień podróżując po następnych krajach Świata…

Ku Adelaide, oglądając kangury…

Po niezwykle ekscytującym tygodniu przy Uluru (Ayers Rock) i Alice Springs idziemy w kierunku stacji kolejowej i wsiadamy do tego pociągu, który jedzie tylko 1 raz w tygodniu i którym podróżowaliśmy. Udajemy się dalej na południe w kierunku Adelaide. Spędzamy kolejna dobę w klimatycznym pociągu podziwiając pustynne krajobrazy południowej Australii. Po drodze wielokrotnie widzimy, przez okna pociągu, niewielkie stada kangurów oraz pojedyncze sztuki emu :).

We have „catched” wild kangaroo from the train… 🙂

TransAustralia po raz I

Przejeżdżając z Darwin przez Alice Springs, Ayers Rocks, Kings Kanion, Kata Tjuta  do Adelaide przemierzamy 4500km po pustyni, 1500 busem i 3000 pociągiem. Kończymy nasz pierwszy lądowy trawers Australii – z północy na południe. Ostatnie kilometry jedziemy na rowerze i docieramy do plaż Oceanu Południowego gdzie witają nas Pelikany! (na początku pomyliliśmy je z Albatrosami – ale z nas ornitolodzy 😉 )

Pelikan in Adelaide

We have crossed Australia from Darwin to Adelaide, finally the beach of the South Ocean 🙂

Woda już nie jest tak ciepła jak na Bali czy w Tajlandii i zanurzamy się jedynie do łydek 🙂

Opublikowano Australia, Podróż Dookoła Świata 2012/13 | Otagowano , | 1 komentarz

Bangkok – miasto naszych… koszmarów

Tytuł tego wpisu dosyć przewrotny, ale to jest w końcu nasz blog i piszemy o naszej Podróży i naszych odczuciach.

Wielu podróżników zachwyca się Bangkokiem i nie zgodzi się z tytułem wpisu – każdy ma do tego prawo. Przewodniki również piszą o stolicy Tajlandii w samych superlatywach. Zgadza się, ze owszem jest kilka ciekawych miejsc, wartych do odwiedzenia jak np. Grand Palace, kilka świątyń buddyjskich, wycieczka do dawnych stolic i objazd po Ayuttahaya. Jednak z doświadczenia nie polecilibyśmy spędzenia tutaj więcej niż 2-3 dni…

Surroundings of the Grand Palace

Tuk-tuks in Bangkok

A było to tak, czyli nasza „przygoda” z Bangkokiem…

Wypoczęci po 9-ciu dniach na rajskich plażach wyspy Koh Samui i bajkowego parku Ang Thong, pełni optymizmu wsiadamy do promu, a później autobusu w kierunku stolicy Tajlandii. Starujemy o godz. 6.oo rano, ale pocieszamy się ze wg sprzedających mamy dojechać na ok. 17-ta. Podróż promem jest przyjemna,  podziwiamy widoki, delektując się poranna kawa.

Nie spodziewamy się, że dalszy ciąg nie będzie już taki miły. Jadąc autobusem ze snu wyrywa nas okropny hałas, czyli bardzo głośno chodzący telewizor. Wszyscy Tajowie oglądają właśnie program rozrywkowy, a nad każdym siedzeniem zamontowany jest głośnik – czy oni są głusi? „Bohaterowie” programu ciągle „śpiewają” a właściwie okropnie fałszują, pisząc delikatnie. Próbujemy wytłumaczyć, żeby ściszyli, ale nikt nie mówi po angielsku, a poza tym wszyscy się śmieją i dobrze się bawią. W tym momencie żałujemy, ze chcieliśmy integrować się z Tajami, nie kupując biletu na specjalny autobus dla VIP-ow, którym podróżują tylko turyści.

Po 3-ech godzinach wycia głośnika nad głowami jesteśmy zmęczeni bardziej niż po 3-ech dniach jazdy koleją transsyberyjska. W przerwach kilkukrotnie próbujemy wytłumaczyć, żeby ściszyli, jednak oni ciągle „nic nie kumają”. Jakoś po 4-ech godzinach program na szczęście się kończy i można odpocząć. O dziwo do Bangkoku dojeżdżamy dopiero o … 21.

A w Bangkoku „witają” nas… przebiegające przez chodnik ogromne karaluchy i nieuczciwi taksówkarze, którzy zawyżają 3-4 krotnie cenę za kurs.

W końcu dojeżdżamy do hotelu, padamy wykończeni na lóżko i momentalnie zasypiamy.

Teraz trochę więcej o Bangkoku

Miasto nie robi na nas dobrego wrażenia. Jest mnóstwo samochodów i szalonych kierowców. Trzeba bardzo uważać przechodząc nawet na pasach. Na początku ciężko złapać orientacje i często się gubimy. Dojazd do Grand Palace nie jest taki prosty, nie dojeżdża tam metro. Sprawdzamy wiec, jaki numer autobusu nam pasuje i wsiadamy, Okazuje się ze numer był poprawny ale są tez rożne kolory autobusów o tym samym numerze i my wsiedliśmy do złego koloru. Wysiadamy wiec na następnym przystanku i kompletnie nie wiemy gdzie jesteśmy. Poddajemy się łapiemy taksówkę i dojeżdżamy do Grand Palace. Okazuje się ze taksówka to nie jest taki zły pomysł w Bankoku. Jeden kurs kosztuje średnio 6-8zl pod warunkiem ze zmusi się kierowcę żeby włączył taxi-meter. Jeżeli nie chce włączyć to lepiej nie wsiadać i złapać następnego.

Democracy monument

The last temple built in Bangkok 

Grand Palace

Na reszcie zwiedzamy coś, dlaczego warto tu przyjechać. Na Grand Palace składają się Pałac Królewski oraz liczne świątynie buddyjskie. Poznajemy tutaj ciekawa architekturę i kulturę Tajlandii.

Temples of Grand Palace

In front of the Grand Palace

Buddist monks

Welcome to Grand Palace 🙂

Ayuttahaya

To warta do zobaczenia dawna stolica Tajlandii z kompleksem zabytkowych budowli i świątyń.

Ruins of ancient capital

Elephant riding is cheap in Thailand

Na zakończenie jeszcze parę słów o Bangkoku

Bright side of Bangkok

Maja czyste metro i nowoczesny skytrain, ale poza tym po prostu strasznie tu śmierdzi i jest brudno na ulicach – czy oni zatracili zmysł powonienia? To chyba najbardziej śmierdząca stolica, która odwiedziliśmy. Oprócz tego jedzenie jest w miarę ok, ale odradzamy jedzenia w food court’ach czy na ulicy. Trzeba tez ciągle uważać na „stranger”ów którzy ciągle próbuje „wciskać kity” w stylu ze „Grand Palace jest dziś zamknięty i ze oni nam zorganizują lepsza wycieczkę „. Oprócz tego, co chwila proponują uszycie Grześkowi garnituru (?!) – chyba backpack’erskiego haha 🙂

Nie podoba nam się także to niesmaczne polaczenie dużej biedy z bogactwem typu nowoczesne wieżowce pośród slumsów…

Downtown of Bangkok

Slums nearby downtown – the dark side of Bangkok…

Young thailand buddist praying girl

Po kilku dniach oczekiwania na upragniony bilet na pociąg wyruszamy w końcu w kierunku Phuket, aby zakończyć nasza przygodę z Tajlandia. Ostatnie godziny spędzamy na dzikiej plaży – 10 min. na piechotę od lotniska w Phuket, oczekując na samolot do  miasta naszych marzeń – do Singapuru 🙂

Opublikowano Azja, Podróż Dookoła Świata 2012/13, Tajlandia | Otagowano , | 2 Komentarze